 |
 |
Autor: Matthias Geis
Mniejsze bezrobocie, przezwyciężony kryzys, polepszenie sytuacji rodzin: to całkiem niezły bilans wielkiej koalicji – pisze MATTHIAS GEIS.
Aby bilans wielkiej koalicji stał się bardziej zrozumiały, wystarczy przypomnieć sobie raz jeszcze rok 2005. Dla całego kraju było wówczas zagadką, czy najlepsze lata koalicja ma już definitywnie za sobą. Partie zainscenizowały kampanię wyborczą tak, jakby to od jej wyniku rzeczywiście miał zależeć los obywateli. A prezydent jawił się niczym prorok przepowiadający nieuchronny upadek. Wyłaniający się dziś ze wspomnień obraz tamtego kraju wydaje się dość obcy. Po czterech latach na Niemcach nie robi już wrażenia nawet bezprecedensowe załamanie gospodarki, ogromne zadłużenie państwa czy też perspektywa masowych zwolnień.
Mentalne zarządzanie kryzysem przez wielką koalicję najwyraźniej odniosło skutek. Jest to o tyle zaskakujące, że sojusz oparty na takich mentalnych fundamentach wcale nie zapowiadał sukcesu. Nigdy wcześniej w historii Republiki Federalnej Niemiec nie istniała koalicja, która funkcjonowałaby wbrew woli jej uczestników. Nawet pierwszy sojusz unii CDU/CSU i SPD z roku 1966 zawarto dobrowolnie, ponieważ niebo nad Niemcami, które przeżywały cud gospodarczy, powoli zaczęły zasnuwać ciemne chmury. CDU/CSU i SPD uważały się zawsze za politycznych przeciwników. Spory między tymi partiami powodowały konflikty polityczne republiki, a nie ich rozwiązanie.
W 2005 roku obie partie nagle miały się przestawić na kreatywną współpracę.Tego wymagała ówczesna sytuacja polityczna. Szukano takich formuł, które sprawiałyby wrażenie, że wzmacniają państwo, a które w rzeczywistości miały jedynie ukryć stare uprzedzenia i animozje. Ponieważ wierzono, że wielkie koalicje mogłyby rozwiązywać wielkie problemy, podjęto próbę takich działań, aby wzajemna niechęć przerodziła się w etos odpowiedzialności. Tak patetyczne hasła natychmiast dementowano, a jednak partnerzy po cichu żywili nadzieję, że ten zawarty z konieczności sojusz w ostatecznym rozrachunku zadziwi taką bądź inną niespodzianką. Świeżo upieczona kanclerz nazywała ten pełen antagonizmów twór, któremu przewodniczyła, „koalicją nowych możliwości” lub skromniej: „koalicją małych kroków”.
Historię wielkiej koalicji można by opisać jako historię jej konfliktów. Przez całą jej kadencję niczym jedna ścieżka dźwiękowa rozbrzmiewają insynuacje i spory. Ochrona zdrowia, ustawowa ochrona przed wypowiedzeniem umowy o pracę, zasiłek dla bezrobotnych, zakaz dyskryminacji, płaca minimalna, działania Bundeswehry (Federalne Siły Zbrojne – przyp. tłum.) w kraju, walka z terroryzmem – lista sporów, w których merytoryczne rozbieżności mieszają się z wieloletnimi uprzedzeniami, wydaje się nie mieć końca. Swoistym kuriozum jest ciągłe krytykowanie koalicji za harmonię i niewystarczającą gotowość do dyskusji na krótko przed wyborami i ich możliwym zakończeniem. Jednak jeszcze bardziej zadziwia fakt, jak wiele ten tak często skłócony sojusz zdołał osiągnąć.
Mały cud gospodarczy
Zmieniły się nie tylko nastroje, ale i położenie. W pierwszych trzech latach wielkiej koalicji, jeszcze przed kryzysem na rynkach finansowych, naprawdę odnosiło się wrażenie, że polityka może mieć wpływ na sytuację w Niemczech. Wielka koalicja dokonała widocznej zmiany trendów w takich kwestiach, jak wzrost gospodarczy, sytuacja na rynku pracy czy finanse państwa. Liczba bezrobotnych zmniejszała się wręcz spektakularnie. W lutym 2005 roku, jeszcze za czasów Gerharda Schrödera, było ich 5 milionów, na początku wielkiej koalicji 4,6 miliona, a jesienią 2008 roku już tylko 3 miliony. Przyrost PKB był dużo wyższy niż wyniosła średnia w poprzedniej dekadzie. Możliwe stało się obniżenie kosztów pracy, a wywodzący się z socjaldemokracji minister finansów miał uzasadnione podstawy ku temu, by żywić nadzieję, że w niedalekiej przyszłości uda mu się przedłożyć zbilansowany budżet.
Globalny boom, który dał się odczuć właśnie w momencie, gdy zaczynała funkcjonować wielka koalicja, umożliwił nabranie szybkości napędzanej przez eksport gospodarce niemieckiej. Do korzystnych uwarunkowań, które umożliwiły mały cud gospodarczy wielkiej koalicji, należały również reformy przeprowadzone przez poprzednią czerwono-zieloną koalicję. Czy zmniejsza to zasługi wielkiej koalicji?
Wobec strategii konsolidacyjnej prowadzonej przez koalicję najczęściej formułowano zarzuty, że podniesienie VAT-u o 3 punkty procentowe osłabi koniunkturę. Stało się jednak inaczej. W 2007 roku, kiedy nastąpiła najwyższa w historii RFN podwyżka podatków, PKB wzrósł o 2,5%. Wyższe podatki i wpływy stanowiły podstawę dla poprawy finansów państwa. Ponadto koalicja uchwaliła niepopularne cięcia państwowych subwencji – np. wprowadziła cięcia dopłat do własnego domu jednorodzinnego, ponadto obniżyła kwotę oszczędności wolnej od podatku, a także ryczałt dla dojeżdżających do pracy. Gorzkim doświadczeniem okazało się odrzucenie tej ostatniej zmiany przez Federalny Trybunał Konstytucyjny po tym, jak CDU/CSU i SPD zgodnie broniły jej przed atakami ze strony całej sceny politycznej.
O wiele dotkliwsze jest jednak to, że obrany przez wielką koalicję ostrożny kurs długofalowej polityki finansowej kończy się obecnie rekordowym zadłużeniem wywołanym przez globalny kryzys finansowy. Próbując zahamować zadłużenie, obie cieszące się dużym poparciem społecznym partie złożyły w ustawie zasadniczej deklarację prowadzenia odpowiedzialnej polityki finansowej. Tyle tylko, że zamiarów tych nie da się odczytać z liczb w budżecie na nadchodzące lata.
Koniec reform
Niewiele z planów reformatorskich sprzed 2005 roku udało się SPD i CDU/CSU ocalić i wprowadzić do programu wielkiej koalicji. SPD borykała się z konsekwencjami swojej polityki związanej z planem „Agenda 2010” (czyli planem głębokich reform niemieckiego systemu opieki społecznej oraz rynku pracy, stworzonym i wprowadzanym w życie w latach 2003–2005 przez rząd SPD i Związek 90/Zieloni – przyp. tłum.). Natomiast na unii ciążyło doświadczenie ledwie unikniętej w 2005 roku porażki wyborczej. Jedynie przesunięcie wieku emerytalnego na 67. rok życia odbyło się jeszcze w duchu radykalnych reform. Po raz kolejny decyzja SPD godziła w bezpośrednie interesy wyborców, ale podjęta została zgodnie z zamysłem przystosowania systemu solidarnościowego do wymagań przyszłości.
To był koniec. SPD nie widziała już więcej sensu w kontynuowaniu obranego wcześniej kursu prowadzącego do samounicestwienia w imię dobra ogółu. Na dodatek Angela Merkel utraciła wszelką chęć do przeprowadzania jakichkolwiek radykalnych reform, zanim jesienią 2005 roku mogła rozpocząć ich wprowadzanie. CDU/CSU wolała obrać kurs na lewo od swego partnera w koalicji. Tak jak to miało miejsce w sporze o przedłużenie okresu wypłacania zasiłku dla bezrobotnych. Najpierw Franz Müntefering (przewodniczący SPD, wicekanclerz i minister pracy w rządzie Angeli Merkel od 2005 do 2007 roku – przyp. tłum.) wbił do głowy swoim kolegom z partii przesunięcie wieku emerytalnego na 67. rok życia, by zaraz wyjaśniać im, dlaczego to unia CDU/CSU, a nie SPD walczyła o kwestie socjalne. Trwało to do momentu, aż Kurt Beck pociągnął za hamulec bezpieczeństwa. Od tego momentu koalicja nie pracowała już więcej nad reformami strukturalnymi. Wręcz przeciwnie – aby zapobiec niekontrolowanemu wzrostowi emerytur, z formuły obliczania wysokości tego świadczenia wyłączono czynnik demograficzny, a reforma ubezpieczenia od kosztów opieki wypadła dużo skromniej, niż się spodziewano. W sporze o reformę służby zdrowia w najbardziej spektakularny sposób zaprezentowała się reformatorska niemoc koalicji. Przez chwilę wydawało się, że unia CDU/CSU zamierza w większym zakresie finansować system solidarnościowy z wpływów podatkowych. Unia gotowa była oddzielić koszty służby zdrowia od kosztów pracy i rozłożyć je na większą liczbę płatników. To mogła być najważniejsza decyzja koalicji podjęta w ramach polityki społecznej. Uniemożliwili ją prezydenci CDU (czyli wywodzący się z CDU prezydenci krajów związkowych – przyp. tłum.).
Więcej tolerancji, więcej liberalizmu, więcej ekologii
Zasadnicza zmiana, którą udało się wprowadzić w życie wielkiej koalicji, nastąpiła w ramach polityki społecznej. Rozpoczęcie nowej ery to z pewnością zasługa czerwono-zielonej koalicji SPD i Zielonych, która po przejęciu władzy w 1998 roku przeprowadziła reformy w prawodawstwie dotyczącym obywatelstwa, związków homoseksualnych, czy też imigracji. Jednak w atmosferze trwającej we własnym obozie walki decyzje czerwono-zielonej koalicji wydawały się otwierać nową, pełną ideologicznych sporów epokę. Pozornie mało spektakularne nowości, jak ustawa o obywatelstwie czy inicjatywa Schrödera w sprawie Zielonej Karty, stały się nagle zarzewiem konfliktów. Dopiero wielka koalicja zakończyła ten „kulturkampf”. To kierowana przez Angelę Merkel CDU odchodziła od przyjętej wcześniej ideologii, a jej ministrowie toczyli spory o nowe, odpowiadające potrzebom czasu rozwiązania w kwestii polityki rodzinnej i polityki imigracyjnej. Dopiero agitacja na rzecz tradycjonalistycznej klienteli CDU/CSU pozwoliła na wykreowanie nowego konsensusu w ramach polityki społecznej, którego czerwono-zielona koalicja nie zdołała samodzielnie zaproponować w ramach swych reform.
To właśnie ta partia, która najdłużej podtrzymywała fikcję, że Niemcy nie są krajem imigrantów, dziś wraz z Wolfgangiem Schäublem postuluje ofensywną politykę integracyjną. A zakorzeniony w niemieckiej polityce obraz rodziny utracił swój paradygmatyczny charakter w wyniku kontrowersji wokół Ursuli von der Leyen (Ursula von der Leyen – wywodząca się z CDU federalna minister do spraw rodziny, osób starszych, kobiet i młodzieży, a jednocześnie matka siedmiorga dzieci – mocno zaskoczyła niemiecką opinię publiczną swoją kampanią na rzecz rozbudowy tych instytucji społecznych i państwowych, które zdjęłyby z niemieckich matek zdecydowaną część obowiązków wychowawczych – przyp. tłum.).
Nowy, propagowany przez unię CDU/CSU konsensus pokazuje, jak może funkcjonować wielka koalicja: dzięki gotowości do podejmowania ryzyka uczestniczących w niej partii. Podobnie jak wcześniej SPD w fazie prac nad planem „Agenda 2010”, tak i unia w ramach wielkiej koalicji zdobyła się na nowocześniejszą politykę społeczną. O tym, że po takim politycznym zwrocie niekoniecznie należy oczekiwać nagrody, przekonała się SPD po 2003 roku.
Dziś unia z pewną obawą spogląda na bardziej konserwatywną część swych wyborców i ich gotowość do mobilizacji. Ale obie partie na dłuższą metę nie unikną ryzyka związanego z odnową własnego wizerunku. Muszą ponieść polityczne koszty postępu, inaczej staną się anachroniczne. Nieustanne zarzuty ze strony SPD pod adresem koalicyjnego partnera, iż dodatek macierzyński i rozbudowa żłobków to typowo socjaldemokratyczne pomysły, stanowią modelowe zaprzeczenie podstaw sukcesu wielkiej koalicji. Być może rzeczywiście są to idee socjaldemokratyczne, ale to właśnie unii CDU/CSU udało się przedstawić je całemu społeczeństwu i je przeforsować.
Po czterech latach wielkiej koalicji brak dziś odpowiedniej atmosfery dla tych przesyconych ideologią sporów, które wcześniej stanowiły element każdej przedwyborczej walki. Generowanie wrogich obcokrajowcom opinii stanowi dziś fenomen o charakterze marginalnym. Również polemika obu partii koalicyjnych z partią Zielonych podjęta w związku z kwestią ochrony środowiska i klimatu już dawno nie jest aktualna.
Pod koniec tej kadencji RFN wydaje się krajem bardziej tolerancyjnym, bardziej liberalnym, bardziej ekologicznym niż na początku kadencji. Rządy pierwszej wielkiej koalicji w latach 1966-1969 upłynęły pod znakiem społecznej polaryzacji, rządy drugiej upływają pod znakiem odprężenia.
W obliczu kryzysu
To odprężenie miało już solidne mentalne fundamenty, gdy w trzecim roku trwania wielkiej koalicji wybuchł kryzys finansowy. Jednocześnie nikogo by nie zdziwiło, gdyby to najsilniejsze od lat trzydziestych XX wieku załamanie ekonomiczne wyprowadziło z równowagi niezwykle pilnie śledzących stan gospodarki Niemców. Gdy kanclerz i minister finansów na początku gorącego okresu występowali publicznie po to, by zapewnić Niemców, że nie utracą oni swoich wkładów oszczędnościowych, nie bardzo było wiadomo, czy czynią to po to, aby uspokoić społeczeństwo, czy też właśnie po to, by je zaniepokoić. Światowe załamanie nagle uczyniło państwo głównym aktorem na scenie finansów i wydawało się przez chwilę, że koalicja umocni się na nowo. Czyż nie był to rodzaj wyzwania, w którym ten niezwykły sojusz rzeczywiście mógł się sprawdzić? W każdym razie członkowie koalicji nigdy nie byli bardziej jednomyślni i zdeterminowani niż w obliczu wybuchającego kryzysu. W błyskawicznym tempie przepchnięto przez parlament pakiet ratunkowy dla banków. Później pojawił się pierwszy pakiet na rzecz ożywienia koniunktury, fundusz ratunkowy dla zagrożonych przedsiębiorstw oraz drugi pakiet dla koniunktury. SPD już dawno chciała nadać wielkiej koalicji pod przywództwem Angeli Merkel miano socjaldemokratycznej. Lecz teraz, gdy wywodząca się z CDU kanclerz musiała upaństwowić banki i ratować podupadłych producentów samochodów, określenie to pasowało lepiej niż kiedykolwiek.
Wielkiej koalicji udało się ustabilizować niemiecki system bankowy, złagodzić skutki załamania koniunktury i na długo utrzymać rynek pracy w stanie równowagi. Dziś koalicjanci patrzą na to z dumą i jednocześnie z niedowierzaniem. Być może premia za złomowanie starych samochodów oznacza tylko niewiarygodnie kosztowne odwlekanie nieuchronnego wybuchu kryzysu przemysłu samochodowego. Być może ratowanie Opla okaże się zniekształcającym rynek przejawem interwencjonizmu bez ekonomicznych perspektyw. Tak naprawdę dzisiejszego sceptycyzmu nie można jednak porównywać z oszałamiającymi sukcesami menedżerów wielkiej koalicji w czasach kryzysu. To im jak dotąd udaje się przeprowadzać kraj przez meandry dekoniunktury i recesji. Mimo całej skromności koalicjantów mamy tu do czynienia ze swoistym politycznym bohaterstwem.
Ten rok wyborczy zdominowany jest nie tylko przez zadowolenie rządzących, którzy unikają jakichkolwiek konfrontacji. Mamy też do czynienia z brakiem komunikacji między politykami a narodem, wśród którego szeroko rozpowszechnione jest przekonanie, że kryzys ze wszystkimi swymi konsekwencjami dopiero się objawi.
To właśnie tej kwestii w przedwyborczej walce unikają rządzący. Być może na temat przyszłości wiedzą równie mało, co i wyborcy. Jednak opanowanie, z jakim ci ostatni przyjmują rutynowe formuły tworzone w trakcie kampanii, może wprowadzać w błąd. Wielka koalicja może wykazać się przyzwoitym bilansem. A jednak nie tylko podupadająca SPD, ale oba czołowe niemieckie ugrupowania, 27 września mogą zapłacić wysoką cenę. Za cztery całkiem udane lata.
Artykuł został opublikowany w 39. numerze „Die Zeit” w dn. 17 września 2009 roku | Tłumaczenie z języka niemieckiego: Robert Małecki | redakcja: Zofia Matejewska/Katarzyna Szklanny | tekst jako dokument pdf
© 
© dla polskiego tłumaczenia 
|