 |
 |
Autor: Krzysztof Tokarz
9 listopada 1989 roku rozpoczęto rozbiórkę muru berlińskiego. Kawałki betonu przez wiele następnych lat stanowiły obiekt pożądania kolekcjonerów. Od sierpnia 1961 aż do 9 listopada 1989 mur oddzielał Berlin Zachodni od wschodniej komunistycznej części miasta. Był jednym z najbardziej rozpoznawalnych symboli nie tylko podziału Niemiec, ale całej zimnej wojny. Wielu ludzi uciekających na zachód, pragnienie przekroczenia tej kurtyny kosztowało utratę zdrowia, wolności, a nawet życia. Szacuje się, że podczas próby przedostania się przez mur do zachodniej części Berlina zginęło – w zależności od źródła – od 86 do 238 ludzi. Ale kiedy przed 20 laty upadał berliński mur i rysowała się perspektywa powstania jednych wielkich Niemiec – nie wszystkim się to podobało. Widocznie odczuwalny był strach przed tym, że zjednoczone Niemcy mogą stać się niebezpieczne zarówno dla siebie, jak i sąsiadów. Najbardziej bano się tego, że zjednoczone Niemcy rozpętają kolejną wojnę na skalę światową. Te obawy nie znalazły jednak pokrycia w rzeczywistości.
W listopadzie w Niemczech obchodzona będzie 20 rocznica upadku muru berlińskiego. Na początku września pojawiła się pogłoska, że na uroczystościach może zabraknąć przedstawicieli Polski i innych krajów bloku wschodniego. Wywołało to spore zamieszanie. Najwięcej kontrowersji po polskiej stronie wzbudził fakt, że zaproszenia otrzymali przywódcy czterech krajów, z którymi Niemcy podpisały w 1990 roku. tzw. Traktat Dwa plus Cztery, który otworzył drogę do zjednoczenia obu państw niemieckich. Berlin chciał świętować jedynie ze Stanami Zjednoczonymi, Rosją, Wielką Brytanią i Francją. Dopiero oświadczenie biura rzecznika niemieckiego rządu informujące, że planowanie uroczystości jest w toku i sprawa gości nie została przesądzona, załagodziło rodzący się spór. Ta sytuacja pokazuje, jak różnie podchodzi się w Polsce i w Niemczech do tak istotnego wydarzenia, jakim był upadek muru – symbolu ważnego dla Niemiec, ale i dla Europy. Nie jest zresztą tajemnicą, że o „symbol” spierają się Niemcy i Polacy. W Niemczech, za symboliczny upadek komunizmu w całej Europie uznaje się właśnie zburzenie berlińskiego muru. Natomiast Polacy uważają, że symbolem tego powinien być polski okrągły stół i wybory z 4 czerwca 1989 roku.
Po 20 latach, połączenie NRD z RFN można nazwać sukcesem niemieckiego narodu. Być może nie wszystko poszło tak, jak planowano. Na pewno wciąż jest sporo do zrobienia i jeszcze przez wiele lat będą odczuwalne skutki połączenia dwóch systemów politycznych i gospodarczych. Jednak wbrew temu wszystkiemu, ocena może być tylko pozytywna. Transformacja pozwoliła bezpiecznie, bez rozlewu krwi dokonać skoku z komunizmu do demokracji. Ten skok nie był zupełnie bezbolesny i wielu Niemców sporo kosztował, ale się opłacił. Polacy, Czesi czy Rumuni mogą tylko pozazdrościć mieszkańcom byłej NRD „bogatego brata” na zachodzie. Miliardy euro wpompowane we wschodnioniemiecką gospodarkę uchroniły wielu mieszkańców NRD przed niezbyt łatwymi procesami transformacyjnymi, jakie miały miejsce w pozostałych krajach byłego bloku socjalistycznego. Ale mimo znacznych nakładów, nie tylko finansowych, Niemcy do dziś dzielą się na Ossis i Wessis. Widoczne jest to na wielu płaszczyznach. wschodnich i zachodnich Niemców dzieli status materialny, historia, mentalność, a nawet podejście do codziennych spraw. Sąsiada Polski czeka więc jeszcze wiele zmian.
Gdy rozpoczynał się proces zjednoczeniowy, znaleźli się tacy, którzy głosili, że wystarczy pięć lat, aby pokonać wszelkie różnice. Dziś z doświadczenia wiemy, że nie wystarczyło na to nawet 20 lat. Do tej pory nie udało się bowiem w pełni zmodernizować wschodnich Niemiec. Również niemiecka gospodarka nie rozwinęła się tak gwałtownie i tak szybko, jak tego oczekiwano po transformacji. Nie było zatem drugiego cudu gospodarczego. Za to ze strony Niemców zachodnich coraz częściej padają pytania, czy rząd dobrze wydał pieniądze pochodzące z ich podatków na inwestycje w byłej NRD. Wschodnie landy cierpią głównie z powodu emigracji młodych ludzi w celach zarobkowych, niższej wydajności pracy i większego niż w zachodniej części kraju bezrobocia.
W ostatnich latach na terenie dawnej NRD coraz większe tryumfy święcą partie nacjonalistyczne. Słychać też opinie o budzącym się nacjonalizmie. Tę tezę potwierdza wzrost poparcia dla NPD we wschodnich landach zjednoczonych Niemiec. Partia ta największe zwycięstwa odnosi coraz bliżej polskiej granicy. Przed wrześniowymi wyborami do Bundestagu, w przygranicznym Görlitz przez ponad cztery miesiące wisiały antypolskie plakaty o treści: „zatrzymać inwazję Polaków”. Ta „plakatowa” wojna dobitnie świadczy o nastrojach panujących na obszarze wschodnich Niemiec. To właśnie ogromna frustracja społeczna ma wpływ na wzrost poparcia dla ugrupowań nacjonalistycznych. Wschodni Niemcy często czują się „gorszymi” we własnym kraju. Nie dość, że mniej zarabiają niż ich rodacy w zachodnich landach, to jeszcze niejednokrotnie muszą godzić się z tym, że na ich „szefów” mianowano Wessis. Mimo tych wszystkich mankamentów, plusów zjednoczenia nie brakuje. Wystarczy dziś odwiedzić przygraniczne niemieckie miasta i zobaczyć, jak wyglądają. Zrewitalizowane, z nowymi drogami i autostradami, budzą podziw i zazdrość. Niemcom szczerze pozazdrościć można również, stojących na bardzo wysokim poziomie zabezpieczeń socjalnych, o których w Polsce nie ma mowy. Wreszcie świetnym przykładem przemian jest sam Berlin – nazywany największym placem budowy Europy. Dziś to miasto należy do najbardziej prężnych na całym kontynencie. Na koniec warto dodać, że dzięki zjednoczeniu Niemiec wzrosła ich siła i znaczenie na scenie międzynarodowej. Kraj ten szybko stał się najważniejszym graczem w Unii Europejskiej. Wniosek jest więc oczywisty: zjednoczenie Niemiec było kosztowne, ale bardzo opłacalne. To świetna inwestycja w przyszłość nie tylko Niemiec, ale całej Europy.
|