 |
 |
Autor: Krzysztof Tokarz
Thilo Sarrazin, członek zarządu Bundesbanku, został zdegradowany za obraźliwe wypowiedzi na temat imigrantów. Do tej pory był odpowiedzialny za przepływy gotówkowe, jednak decyzją prezesa banku został przesunięty do działu technologii informatycznych. Axel Weber nie tylko ograniczył kompetencje swojego podwładnego, ale też publicznie skrytykował jego zachowanie. Zasugerował również, by dla dobra instytucji, dla której obaj pracują, podał się do dymisji.
64-letni Thilo Sarrazin to nie tylko członek zarządu Bundesbanku, ale także były minister finansów Berlina który, jak wiadomo, nie poradził sobie na tym stanowisku, a stolica Niemiec do dziś boryka się z trudnościami finansowymi.
Nie za to jednak został skrytykowany. Naraził się bardzo opinii publicznej, udzielając kontrowersyjnego wywiadu dla magazynu „Lettre International”. W swojej wypowiedzi zarzucał Berlinowi „plebejskość i drobnomieszczaństwo”. Powiedział też, że za zły wizerunek miasta współodpowiedzialni są imigranci. Nie poprzestał jedynie na tym suchym stwierdzeniu. Z pogardą wyrażał się o rodzinach wielodzietnych, o ludziach niewykształconych, bezrobotnych i niezamożnych. Według członka zarządu Bundesbanku, aż 70 procent Turków i 90 procent Arabów żyjących w Niemczech „odrzuca niemieckie państwo i nie troszczy się o wykształcenie swoich dzieci”. Ale i tego było Sarrazinowi mało. Oskarżył tureckich i arabskich mieszkańców Berlina, „że potrafią produkować jedynie dziewczynki w chustach”. Jego zdaniem imigranci ci nie robią nic produktywnego poza sprzedawaniem warzyw i owoców. Posunął się nawet do stwierdzenia, że „Turcy opanowują Niemcy, tak jak Kosowianie opanowali Kosowo - poprzez duży przyrost naturalny”. Taka analogia nie mogła spodobać się nikomu. Nie tylko wymienianym grupom, ale również prokuraturze, która już wszczęła postępowanie przeciwko członkowi zarządu Bundesbanku. Śledczy badają, czy doszło do przestępstwa podżegania do nienawiści narodowej.
Wprawdzie później Thilo Sarrazin kajał się i przepraszał za wypowiedziane słowa, ale to już na nic się zdało. Po aferze, jaka wybuchła, bankier przekonywał, że nie chciał dyskredytować żadnej grupy narodowościowej, lecz jedynie wskazać na problemy Berlina.
Jeżeli chciał zwrócić uwagę opinii publicznej, to cel osiągnął. Pytanie tylko czy rzeczywiście chodziło mu o taki wymiar zainteresowania. Zapewne jego najśmielsze oczekiwania przerosły niektóre reakcje na wywiad. Centralna Rada Muzułmanów w Niemczech od razu zażądała jego dymisji. Sekretarz generalny tej organizacji Aiman Mazyek uznał uwagi Sarrazina za „rasistowskie”. Była to jednak i tak łagodna wypowiedź w porównaniu ze słowami sekretarza generalnego Centralnej Rady Żydów w Niemczech. „Mam wrażenie, że swoimi poglądami Sarrazin czyni wielki honor Goeringowi, Goebbelsowi i Hitlerowi (...) Pod względem poglądów stoi z tymi panami w jednym szeregu” - powiedział Stephan Kramer. Wprawdzie szef tej wpływowej żydowskiej organizacji później zrozumiał, że trochę z tą wypowiedzią przeszarżował i przyznał, że jego porównanie było zbyt ostre – niemniej jednak niesmak pozostał.
Sarrazin wypowiadał się również o Polakach pracujących w Berlinie. Mówił, że stolica Niemiec nie umie robić interesów z Polską. Wytknął, że berlińskie rodziny zatrudniają sobie Polaka za 5 euro na godzinę jedynie do malowania ścian i sprzątania mieszkań. Słowa Sarrazina wywołały publiczną debatę w Niemczech na temat stanu integracji imigrantów. Po początkowym „świętym oburzeniu” kontrowersyjnym wywiadem, pojawiły się również głosy broniące wypowiedzi Sarrazina. Wielu komentatorów uważa, że mimo niewłaściwego doboru słów analiza bankiera była trafna. Sarrazin bez udawania politycznej poprawności mówi to, co tak naprawdę myśli wielu Niemców na temat imigrantów. Jednak ci albo nie mają takich możliwości zaistnienia w mediach jak ten wpływowy niemiecki polityk i bankier, albo nie chcąc się narażać na krytykę „poprawnych” wolą siedzieć cicho, odważając się co najwyżej powiedzieć to głośno przy piwie w kręgu znajomych.
Niektórzy krytycy Sarrazina nie przyjmują do wiadomości, że może mieć on rację. Sondaże pokazują, że aż 51 procent obywateli Niemiec podziela opinię, iż większość tureckich i arabskich imigrantów nie chce bądź nie potrafi zintegrować się z niemieckim społeczeństwem. Zaledwie 39 procent odrzuca zapatrywania Sarrazina. Poza tym Niemcy chcą dyskusji na temat integracji cudzoziemców w ich kraju. Tylko 22 procent uważa, że byłoby lepiej, gdyby Sarrazin liczył się ze słowami i tego typu uwagi zachował wyłącznie dla siebie. I w sumie trudno się Niemcom dziwić. Gdyby całe dzielnice Warszawy były zamieszkane przez tureckich czy arabskich mieszkańców, pewnie i w Polsce „Sarraziny” miałyby pole do popisu. Ponadto ten przypadek pokazuje jedno: że Niemcy nie mają nic przeciw imigrantom pod warunkiem, że szybko się asymilują, przyjmują niemiecką kulturę, język i obyczaje. Zdecydowanie mniej tolerancji jest dla tych grup, które, jak mówił Sarrazin, są niżej „na drabinie asymilacji”. Pytanie zatem do niemieckiego społeczeństwa: Jak wysoko trzeba wejść na ową drabinę, by mieć „produktywną” dla niemieckiego społeczeństwa funkcję i nie zostać „Gemüsetürke” jak pisze „Frankfurter Allgemeine Zeitung”.
|