 |
 |
Autor: Evelyn Finger
Dlaczego wielu mieszkańcom byłej NRD upadek muru nie kojarzy się z sielanką – pyta Evelyn Finger.
Stopień zniewolenia narodu można rozpoznać po tym, w jaki sposób mówi się w nim o wolności. Typowa scena po upadku muru w Niemczech: sobota, w holu szpitala znajdującego się we wschodnioniemieckim miasteczku Merseburg zaciekawiony personel gromadzi się przy oknach. Na zewnątrz, przed wejściem, swoje stanowisko w sprawie reformy służby zdrowia przedstawia radykalna partia prawicowa. W eleganckim holu słychać głos oburzonej portierki: „Kiedyś, w NRD, coś takiego byłoby nie do pomyślenia!”. Każdy głos sprzeciwu, w końcu mamy dziś prawo do wolności słowa, natychmiast spotyka się z odpowiedzią: kiedyś wolność była większa niż dziś! Co takiego? Czy krytyka państwa nie była wówczas postrzegana jako zachowanie wrogie państwu? Czy wrogów państwa nie zamykano w więzieniu? „Ach – wzdycha portierka – dziś wprawdzie można krytykować pań-stwo, nie wolno jednak powiedzieć złego słowa pod adresem szefów. Jeśli ktoś głośno krytykuje sytu-ację w szpitalu, musi liczyć się z utratą pracy. I to się nazywa demokracja.” Cóż, widocznie tutejsze poczucie wolności jeszcze ciągle ma niewiele wspólnego z prawdziwą wolnością.
Z jednej strony narzekanie, z drugiej strony wielka radość. Co roku Niemcy wygłaszają pełne patosu przemówienia na temat wolności, które w ogóle nie pasują do powściągliwie wyrażanych uczuć szczęścia, wdzięczności czy ulgi towarzyszących upadkowi muru. Jednak od dwudziestu lat, zawsze jesienią, politycy oczekują coraz większego optymizmu, wręcz żądają wskrzeszenia radosnego upojenia, które przecież jest reakcją spontaniczną. Przyczyny tego że naród nie chce już tańczyć na rozkaz, mówcy dopatrują się w braku zgody na rewolucję. Ci, którzy nie wpadają w stan euforii, nie potrafią prawdziwie kochać demokracji! Kto nie stroni od krytyki, ten skrycie tęskni za dyktaturą! To, że zarzuty te brzmią trochę niepoważnie, nie czyni ich wcale mniej demagogicznymi. Zgodne z interesem państwa łajanie krytyków jest wezwaniem do oportunizmu. Odżegnywanie się od krytyki w imię wolności nosi cechy głębokiego zniewolenia.
Pozornie ciągle jeszcze panuje obawa, że wywalczona wolność nie potrwa długo. Listopadowe narze-kanie stało się rytuałem: zgodnie z corocznymi doniesieniami mediów zaskakująco duża liczba Niemców życzyłaby sobie powrotu muru. W zależności od statystyk liczba rewizjonistów wynosi czasem 10, czasem 15, a czasem 40%. Wątpliwe dane dotyczące kryzysu prezentowane są z pewną satysfakcją. Magazyn „Stern” obwieścił w 1999 roku, że 20% mieszkańców Berlina Zachodniego i 14% mieszkańców Berlina Wschodniego byłoby zadowolonych, gdyby do upadku muru w ogóle nie doszło. W tym roku „Stern” oszacował, że liczba zwolenników muru w całych Niemczech może wynieść 15%. Dane wskazują na to, że nastroje w kraju niewiele się zmieniają. Nie jest ani gorzej, ani lepiej. Jaka mądrość wynika z tego dla nas? Pouczające nie są budzące grozę statystyki, lecz komenta-rze tych polityków i dziennikarzy, którzy wykorzystują każdą okazję do ekstatycznej wręcz krytyki.
„Nie jesteśmy narodem!” albo „Koniec z bagatelizowaniem NRD!” – tak brzmią slogany, które mają zamknąć usta rozwścieczonej części społeczeństwa, zamiast nazwać przyczyny całego zła rewizjonizmu. A to właśnie odmienne poglądy są dowodem naszej wolności. Każda bezkrytyczna skarga przeciw panującym stosunkom ma przynajmniej jeden pozytywny aspekt: uświadamia nam, że dzi-siaj wyrażanie swoich żalów niczym nie grozi. Jeśli nie chcemy przyznać racji niektórym wciąż tęskniącym za przeszłością zrzędzącym enerdowcom, to jednak trzeba pozwolić im na to zrzędzenie. Dlaczego tęsknotę za NRD konstatuje się z taką satysfakcją? Dlaczego wrogość wobec demokracji, która może ukrywać się za prowokującą pozą ostalgii (spolszczona wersja niemieckiego terminu Ostalgie, powstałego przez połączenie słów „Ost” (wschód) oraz „Nostalgie” (nostalgia) i określającego zjawisko tęsknoty za czasami Niemieckiej Republiki Demokratycznej – przyp. tłum.), tylko atakuje się retorycznie, zamiast zbadać ją dokładniej?
Kto krytykuje kapitalizm, ten jest uważany za stalinowca
O minionym czasie przypomina nam grzmiący styl kilku adwokatów demokracji. Pycha obrońców status quo, którzy udają rzeczników rewolucji, budzi nieufność. Niezłomna pewność co do tego, że zjednoczenie Niemiec uszczęśliwiło wszystkich i że ci, którzy odczuwają frustrację, mylą się.
„Fałszywa świadomość” – tak brzmiał propagandowy slogan z czasów socjalizmu odpowiadający dzisiejszej sytuacji. W niektórych antynostalgicznych artykułach ten represyjny ton wciąż jest wyczuwalny. To, co nam grozi, to echo apeli, które kiedyś miały nas, doświadczonych w dyktaturach świadomości Niemców, ustawić w jednym szeregu.
Adorno wyjaśnił już w latach 60-tych, dlaczego dla człowieka współczesnego apel o wolność jest już niezrozumiały. Mianowicie dlatego, że słowa straciły już swą moc. Za najbardziej drastyczną przyczynę filozof uważa fakt, że podczas kryzysu gospodarczego oraz okresu wielkiego bezrobocia w latach 20-tych każda uwaga na temat samostanowienia miała w sobie coś ironicznego. Wolność wówczas była równoznaczna z prawem wyboru śmierci głodowej. I nawet jeśli dzisiaj w Niemczech z tego powodu nikt nie musi umierać, to spostrzeżenie Adorna jest wciąż aktualne: w obecnych realiach gospodarki rynkowej brak jest często poczucia wolności demokracji. Najgorszą rzeczą, jaką można zrobić w obliczu niesprzyjających warunków socjalnych, to propagowanie wolności jako sloganu.
A dokładnie z taką sytuacją mamy po upadku muru stale do czynienia. W przypadku wielu mieszkańców Niemiec Wschodnich procesowi przejścia do demokracji towarzyszyło jednoczesne pogorszenie się sytuacji socjalnej lub przynajmniej uświadomienie sobie dotąd nieznanych zagrożeń socjalnych. Mieszkańcy nowych landów szybko zapomnieli o samowoli nadopiekuńczego państwa. Nagle wspomnienie muru przestało przeszkadzać. Oczywiście nowi bezrobotni mogli sobie pozwolić na lepsze samochody niż wcześniej, kiedy mieli pracę. Oczywiście wielu z nich powodzi się lepiej. Jednak uzasadnione skargi pod adresem kapitalizmu odrzucano często w imię demokracji. Nie sprzyjało to jej wizerunkowi. Ten, kto uskarżał się z powodu masowych zwolnień, ten uchodził za człowieka zacofanego. Ten, kto demonstrował przeciw długotrwałemu bezrobociu, tego uważano za rozmiłowanego w gospodarce planowej stalinowca. Brzemieniem zjednoczenia było to, że dla wielu obywateli Wschodnich Niemiec wolność była darem przypominającym konia trojańskiego. Wraz z jej pojawieniem zaczęły się problemy. W wielu wielkich zakładach pracę straciło ponad 80% zatrudnionych. W 1989 roku rolnictwem zajmowało się 830 000 mieszkańców NRD, dziesięć lat później było ich już tylko 135 000. Fakt, że musieli przyglądać się nie tylko temu, jak niszczono zrujnowane obory, ale byli świadkami również tego, jak za symboliczne euro odsprzedawano nowiutkie wytwór-nie soków czy karczowano tysiące hektarów sadów, doprowadzał ich do bezsilnej złości. Exodus najróżniejszych gałęzi gospodarki był dla mieszkańców Niemiec Wschodnich szczególnym doświad-czeniem bezsilności, które zepsuło radość z upadku muru. Nieustające zrzędzenie po wschodniej stronie wywoływało z kolei zły nastrój mieszkańców Niemiec Zachodnich. Żeby wskrzesić radosną atmosferę z 1989 roku, musielibyśmy się w końcu zastosować do rady Adorna: „Kto chce wolności, ten musi najpierw uświadomić sobie problemy z nią związane”.
Kto się skarży, ten w końcu przestał niemo potakiwać
Jeszcze jedna przykładowa scena z niemieckiej codzienności: w Zeulenroda, małym miasteczku w Turyngii, była kiedyś fabryka mebli, która produkowała towar również na eksport. Po zjednoczeniu kierowało nią dziewięciu szefów z Zachodnich Niemiec. Żaden z nich nie poprawił jej stanu, ale każdemu, nim czmychnął, udało się wzbogacić. Pewnego dnia jeden z podejrzanych menedżerów wpadł na pomysł, żeby nocą wywieźć maszyny z zakładu, by je potem sprzedać. Plan ten jednak został w ostatniej chwili udaremniony przez obsługujących te maszyny. Po tym zdarzeniu pracownicy postanowili, że będą dwójkami pełnić straż. Dzień i noc, przez rok, w systemie trzyzmianowym pilnowali swoich maszyn, pijąc kawę z termosu i jedząc kanapki. Można by nazwać ich bohaterami bezrobocia. Można by uznać, że udało im się we wzorcowy sposób zrobić użytek ze swojej wolności. Szkoda, że na koniec zostali zwolnieni, a winą za swoje doświadczenia obarczają nie tylko kapitalizm, lecz również i samą demokrację. Jest to logiczna konsekwencja każdej powierzchownie uprawianej retoryki wolności, która nie potrafi rozróżnić kapitalizmu od demokracji i która nie pozwala na to, by po udanym przezwyciężeniu dyktatury wciąż mówiło się o niezależności.
Co w tym jest pozytywnego? Można by to ująć w następujący sposób: wielu narzekających obywateli byłej NRD przestało w sposób niemy potakiwać. Zmuszenie ich do składania obietnic bez pokrycia to byłaby narzucona demokracja. Wychwalanie wolności przy jednoczesnym braku poczucia wolności oznaczałoby domaganie się taniej absolucji. Dlatego, że ten, kto daje wyraz uwielbieniu, nie musi rozmyślać o przeszłości. Nie musi zadawać sobie pytań, które ze strasznych cech państwowego socjalizmu stały się częścią jego duszy. Będziemy mogli szczerze porozmawiać o NRD dopiero wtedy, kiedy będziemy potrafili równie szczerze rozmawiać o upadku muru. Jeśli to możliwe, w sposób, w jaki pisarz Heinz Czechowski opisuje swoje nastawienie do rewolucji: „Nienawiść do samego siebie / napady melancholii a w końcu / wrażenie, że się jest za starym / żeby zacząć coś nowego”.
Może to byłby właśnie początek, gdyby udało się wreszcie wyjaśnić, dlaczego niektórzy obywatele byłej NRD uważają dzisiaj, że nasza demokracja nie jest tą właściwą. Może przyczyną tego jest to, że definicja wolności, którą znają, wywodzi się z tradycji francuskiej i opiera się na zasadzie równości. W przeciwieństwie do tego, wyobrażenie wolności mieszkańców Zachodnich Niemiec bliższe jest rozumieniu anglosaskiemu, które postuluje zasadę większości, ceni konstytucyjną demokrację i prawa człowieka.
Wolność nie jest odkryciem Niemiec Zachodnich. Przecież wszyscy obywatele NRD wielkie hasła o wolności znają już ze szkoły. Musieli tam czytać Rousseau, Hegla czy Marksa. Jeśli nie całe dzieła, to przynajmniej te fragmenty, które pasowały do socjalizmu. Ciągłe wzywanie w duchu walki klasowej do wyzwolenia się z kajdan niewoli! Jednak nad wszystkim triumfowała maksyma Friedricha Engelsa, zgodnie z którą wolność stanowi zrozumienie dla konieczności. Oznacza to, że wolność jest zrozumieniem dla zniewolenia. Zjednoczona republika powinna zatem traktować łagodnie wszystkich upartych enerdowców. Stają się krnąbrni, co wcześniej nie uszłoby im na sucho. Wolność narodu można rozpoznać po tym, na ile odmiennych opinii na temat wolności naród ten może sobie pozwolić.
Artykuł został opublikowany w 46. numerze „Die Zeit” w dn. 5 listopada 2009 roku.
Tłumaczenie z języka niemieckiego: Kinga Zielińska
Redakcja: Zofia Matejewska tekst jako pdf
©

©

|