[2009-11-20]NR 10 | GODNOŚĆ UBOGICH

Autor: Ulrich Greiner

Wybuchła nowa walka klas. Ulrich Greiner twierdzi, że nie powinniśmy więcej mówić o równości.

Coś wisi w powietrzu. Czy to zapach grillowanych baranich udźców, czy też swąd płonących samochodów? Czy w nasilającej się dyskusji o państwie socjalnym dają się odczuć jedynie złe nastroje, czy też widać zapowiedź rozwiązania umowy społecznej? Czy rozdrażnione głosy Petera Sloterdijka, Thila Sarrazina, Heinza Buschkowskiego i im podobnych stanowią wyraz niezwykłej szczerości? Czy też są one sygnałami nadciągającej nowej walki klasowej? Nie chodzi tu jedynie o filozoficzną próżność. Nie chodzi tylko o to, że były berliński senator ds. finansów Sarrazin i berliński burmistrz dzielnicy Buschkowsky użyli nieodpowiedniego tonu w swych, w zależności od przyjętej perspektywy, obraźliwych lub trafnych uwagach na temat tureckich imigrantów czy alkoholików korzystających z pomocy społecznej. Znajdujemy się w samym środku procesu desolidaryzacji i depolityzacji, choć pisarz Richard David Precht twierdzi w „Spieglu”, że konflikt między prawicą a lewicą, między wolnością a równością, dawno przebrzmiał. W rzeczywistości jest dokładnie odwrotnie. Dawny spór dzieli nas na nowo.

Czy jest w tym coś niezwykłego? Wszędzie widoczne są pogłębiające się różnice między biednymi a bogatymi, przyprawiające o zawrót głowy zarobki „na górze” oraz narastające uczucie niepewności i opuszczenia wśród niższych wartw społecznych. Nie należy się dziwić, że wciąż pojawiają się kwestie socjalne, gdy państwowe wsparcie dla banków zadłużonych z własnej winy liczy się w miliardach, zaś pomoc dla obywateli, którzy zostali niezasłużenie zepchnięci na margines, kończy się na tysiącu euro. Jednocześnie widzimy, że państwo socjalne znajduje się u swego kresu. Niezależnie od tego, że według kryteriów poważanego księgowego dawno już splajtowało. Trzeba sobie uzmysłowić, że zakres ochrony, który w historycznej perspektywie jest niezwykły, obniżył wprawdzie poziom ubóstwa i deprawacji, ale zjawisk tych nie zlikwidował. Już Hegel widział w tym fakcie regułę społeczeństwa mieszczańskiego. W paragrafie 245 Zasad filozofii prawa pisze: "Jeśli nałożyć na klasę bogatszych bezpośrednie obciążenia lub jeśli istniałyby w ramach innej publicznej własności bezpośrednie środki, które pozwoliłyby zagrożonej biedą masie utrzymać właściwy styl życia, wtedy zapewniono by potrzebującym ich subsystencję, bez konieczności podjęcia pracy, co byłoby wbrew zasadom panującym w ramach społeczeństwa mieszczańskiego i poczuciu samodzielności i godności jej jednostek". Hegel napisał to przed 189 laty. Do dziś praca stanowi podstawę dla "samodzielności i godności". Kto otrzymuje wsparcie ze strony państwa, uwolniony jest wprawdzie od bezpośredniej biedy, ale zagro-żona pozostaje jego godność.

Nie tylko jego. Również godność podatnika, członka najważniejszej dla państwa klasy średniej, jest zagrożona, ponieważ pozbawia się go owoców jego pracy bez możliwości zbliżenia się do tych, którzy owoce te zbiorą. Ma on poczucie karmienia aparatu, który staje się coraz mniej przejrzysty i coraz bardziej niezrozumiały. Paul Kirchhof po raz kolejny w „Frankfurter Allgemeine Zeitung” zwrócił uwagę, że nasz system podatkowy jest niesprawiedliwy choćby dlatego, że nikt go już nie rozumie.

I to jest właśnie sedno debaty. Bowiem Sloterdijk, filozoficzny kabarecista, uczestniczył w tym sporze rzucając nożami. Jego rzuty nie okrążyły jednak delikatnej i pięknej kobiety, czego wymagałaby jego profesja, lecz ją zraniły. Ta kobieta to idea równości. Chowanie się za nią oznaczałoby pogodzenie się z myślą, a może nawet jej popieranie, że każdy system wymaga ofiar lub, jak pisał Hofmannsthal: "Niektórzy wprawdzie muszą z tego powodu umrzeć...". Tego Sloterdijk nie miał na myśli. Ale dwa problemy zauważył słusznie: kierująca państwem socjalnym logika rozliczeń, która nie zna konkretnych ludzi, a jedynie abstrakcyjnych dawców i biorców, szkodzi początkowemu humanitarnemu impulsowi. Jego miejsce zajęły roszczenia prawne wysuwane przez obywatela. Zagrożenie utraty godności, według nomenklatury Hegla, wcale jednak nie zniknęło. Jest bowiem różnica, czy jako rencista korzystam z systemu solidarnościowego, do którego się dołożyłem, czy też korzystam z niego, choć własnych świadczeń nigdy nie uiściłem lub uiścić nie mogłem. Tego typu świadczeń nie żąda się od dzieci lub chorych umysłowo. Ale być stawianym na równi z nimi jest uwłaczające. Niedostateczne uznanie prowadzi do utraty godności, którą nierzadko rekompensuje swoista emigracja: we-wnętrzna (w chorobę lub uzależnienie) bądź zewnętrzna (w przestępczość lub radykalizację postaw politycznych).

Po drugie, pyta Sloterdijk, co naprawdę mamy na myśli w konstytucyjnym zapisie o równości? Zwyczajowa odpowiedź, że każdy ma prawo do równych szans, np. do edukacji lub ochrony przed chorobą i ubóstwem, nie wnosi wiele, gdyż każdy widzi, że postulat ten nigdy nie został zrealizowany i, realnie rzecz ujmując, nigdy zrealizowany nie będzie. Sam postulat nie traci przez to swej ważności. Zastanowić się jednak należy, co stanie się z tymi, których Hegel bezdusznie nazywa "tłuszczą".

Myślenie w takich kategoriach należy do europejskiej tradycji. Jednak już Wilhelm von Humboldt w 1792 roku konstatował w swej próbie określenia granic skuteczności państwa, że wymiar prywatnej cnoty jest odwrotnie proporcjonalny do zakresu opieki ze strony państwa. Im silniej narzuca się obywatelowi obowiązki anonimowego podatnika, tym mniejsza jest chęć do sąsiedzkiego współczucia i empatii.

Upaństwowienie cnót nie może się udać, a życzenie, by potrzebujący mogli przyjąć to, co im się należy, z odrobiną dumy, nie może się spełnić. Oni nie chcą bowiem wyłącznie pieniędzy. Oni chcą również uznania. Zamiast tego, stojąc w kolejkach w urzędach pomocy społecznej, muszą doświadczać, że są jedynie procedurą w aktach.

Szacunek, jak pisze Richard Sennett w książce Respekt im Zeitalter der Ungleichheit (2002) [Szacunek w czasach nierówności – przyp. red.] to dobro deficytowe. Sennett wskazuje, że ubóstwo nie prowadzi automatycznie do braku uznania. W społeczeństwie stanowym problem ten nie istniał: pan respektował sługę jako sługę. Ale i w epoce idei równości uznanie nie jest związane z kwestią, by dający i otrzymujący posiadali ten sam status. Decydujący jest fakt, że znajdują się oni w zależności, która jest obopólna. Gdy Sarrazin mówi: "Nie muszę szanować nikogo, kto żyje na koszt państwa, kto państwo to neguje, nie dba o wykształcenie swych dzieci i wciąż produkuje nowe małe dziewczynki w chustach na głowach", to twierdzi , że niektórzy imigranci z islamskiego kręgu kulturowego lekceważą tę zasadę wzajemności. I z pewnością jest to prawda.

Szacunek jest dobrem deficytowym również dlatego, że nie mogę o nim bez przeszkód zapewniać, jeśli inni nie starają się go zdobyć. A co zrobić, jeśli oni go nie chcą albo tego nie potrafią? Wtedy pozostają dwie możliwości: albo pomogę im we własnym interesie, gdyż społeczny spokój przyda się mnie i moim dzieciom, albo pomogę w imię współczucia i szlachetności. Zasadniczym problemem idei równości jest fakt, że motywacja ta cieszy się złą sławą, chociaż w katalogu chrześcijańskich cnót znajduje się na pierwszym miejscu. Zgodnie z nią datki są sprzeczne z prawnymi roszczeniami obywateli. Ponieważ te nie mogą być w pełni zrealizowane, społeczeństwo musi zadbać o to, by cnota nie wymarła.

Tu trzeba dostrzec element prowokacji w utopii Sloterdijka o zastąpieniu państwa opartego na po-datkach przez system dobrowolnych datków. Bogaty, który dziś swe zobowiązania płaci bardzo niechętnie i próbuje się od nich uchronić dzięki tysiącom całkiem legalnych sztuczek, mógłby w tym utopijnym państwie cieszyć się sławą szlachetnego darczyńcy. Z pewnością nie może być mowy o związku między dumą darczyńcy i hańbą tego, który z darów korzysta. Tak stałoby się wyłącznie wtedy, gdyby każdą formę miłosiernego pochylania się nad potrzebującym lub spoglądania ku górze przez potrzebujących postrzegano jako sprzeczne z ludzką godnością. A doświadczenie uczy nas, że jest dokładnie odwrotnie. Gdyby zaś można było przyjąć, że nierówność należy do podstaw ludzkiej egzystencji, wtedy cnota miłosierdzia odzyskałaby swe dawne znaczenie. Nie zastępowałaby ona państwa socjalnego, które mimo wszystko jest pewnym sukcesem, lecz je uzupełniała.

Niemal wszystkie religie kładą wielki nacisk na miłosierdzie. O tym, że dawanie jest przyjemniejsze od brania, mówi Biblia. Sławne zdanie, że prędzej wielbłąd przejdzie przez igielne ucho, niż bogaty dostanie się do nieba, wciąż zajmuje umysły teologów. W powieści Georges'a Bernanosa Tagebuch eines Landpfarrers (1936) [Pamiętnik wiejskiego proboszcza – przyp. red.] dwóch księży dyskutuje o godności ubogich. Jezus, jak twierdzi jeden z nich, uświęcił biedę, a więc zadaniem Kościoła musi być nauczanie biednych o biedzie. Ale on sam przyznaje, że nie może znieść tej myśli i mówi: "Wolałbym nauczać biednych o powstaniu".

Kościół do dziś nie uporał się z tym problemem. Skłania się raz ku jednej, raz ku drugiej opcji. Pewien niewierzący lekarz mówi w tej powieści: "Po dwudziestu stuleciach chrześcijaństwa, do jasnej cholery, bycie ubogim nie powinno być powodem do wstydu! Nie, wy zdradziliście swego Chrystusa! Mój Boże, dobry Boże! Dysponujecie przecież wszystkim, czego potrzeba, by upokorzyć bogatych i zmusić ich do wypełniania chrześcijańskiego obowiązku. Bogaci, im są bogatsi, tym większej pragną uwagi”.

Moc tę kościoły utraciły już dawno i dziś z pewnością nie próbowałyby mówić o godności ubogich. To byłby skandal. Ale pokazałby on, że bogactwo nie jest wyłącznie problemem chrześcijaństwa i że miłosierdzie zakłada godność tego, kto pomoc otrzymuje. Ponieważ pomysł ten gdzieś się nam zagubił, pozostajemy w kręgu deprymujących i coraz bardziej agresywnych walk o podział dóbr. W tłustych latach starczało dla każdego. Obecnie, w latach chudych, mówi się o "fiskalnej wojnie do-mowej" (Sloterdijk). Również rada zakładowa Opla ostrzega przed "wojną". Na razie proces zbrojeń odbywa się na poziomie werbalnym. Jednak coś wisi w powietrzu.

 

Artykuł został opublikowany w 47. numerze „Die Zeit” w dn. 12 listopada 2009 roku
Tłumaczenie z języka niemieckiego: Robert Małecki
Redakcja: Zofia Matejewska tekst jako pdf

©

© dla polskiego tłumaczenia


Dodaj do:    Dodaj do wykop.pl Wykop    Dodaj do del.icio.us del.icio.us    Dodaj do mister-wong.com mister-wong    Drukuj Drukuj    Poleć znajomemu Poleć znajomemu
Od: Adres email znajomego: Wyślij Wyślij

Wasze komentarze:

Add commnet Dodaj komentarz


Anuluj   Wyślij
 
  • Do wybranego artykułu nie został jeszcze dodany żaden komentarz.

Point. Kalendarz Polsko-Niemiecki jest realizowany przez FWPN

Fundacja Współpracy Polsko Niemieckiej

Die Zeit po polsku

2010-07-30
:: NR 40 | HURA! JESZCZE CZYTAMY
2010-07-23
NR 39 | JAK BARDZO KONSERWATYWNY JEST GUTTENBERG?
2010-07-16
NR 38 | AUTORYTET
2010-07-09
NR 37 | CZY NIEMIECKI DA SIĘ JESZCZE URATOWAĆ?
2010-07-02
NR 36 | WYPĘDZENI
2010-06-25
NR 35 | PRAWDZIWI OBYWATELE
2010-06-18
NR 34 | MISTRZ PATOSU WOLNOŚCI
2010-06-11
NR 33 | CZŁOWIEK DOBREJ WOLI
2010-06-04
NR 32 | NIE JESTEM SZCZĘŚLIWY. NIGDY NIE BYŁEM
2010-05-28
NR 31 | JAK WIĘC BYĆ POWINNO?
2010-05-21
NR 30 | JA CIĘ WIDZĘ, TY MNIE NIE
2010-05-08
NR 29 | OJCZYZNA BEZ GRANIC
2010-05-07
NR 28 | OKLASKÓW NIE BĘDZIE
2010-04-30
NR 27 | NOWI MY
2010-04-23
NR 26 | CZEGO NIE WOLNO MÓWIĆ W NIEMCZECH
2010-04-16
NR 25 | W KRAINIE SŁÓW
2010-03-19
NR 24 | MARSZ NA BERLIN
2010-03-12
NR 23 | WIELKI HAZARD
2010-03-05
NR 22 | CHODŹCIE WSZYSCY DO NAS!
2010-02-26
NR 21 | ŚWIAT NA HAKU ABORDAŻOWYM

Wyszukiwarka

Newsletter

Jeśli chcesz otrzymywać co piątek subskrybcje "Die Zeit" w języku polskim, zapisz się do naszego newslettera.