[2009-12-11]NR 13 | JESZCZE MOŻEMY SIĘ URATOWAĆ

Autor: Fritz Vorholz

Nauka, technika, pieniądze… świat ma wszystko, co jest potrzebne, żeby zapobiec katastrofie klimatycznej. Jednak aby to zrobić, w błyskawicznym tempie musielibyśmy zmienić nasz styl życia i sposób gospodarowania.


Wyobraźmy sobie, że w kierunku Ziemi z kosmosu sunie ogromna skała – dajmy na to o średnicy kilku kilometrów. Jeśli spadłaby do oceanu, przez cały glob przetoczyłaby się nie jedna, ale cała seria tsunami. Jeśli fale uderzyłyby w stały ląd, kontynentom groziłaby całkowita zagłada.


Załóżmy, że NASA wykryje taki pędzący asteroid na kursie kolizyjnym z Ziemią – co byłoby dalej? Natychmiast na całym świecie zapanowałoby porozumienie co do tego, że śmiertelne zagrożenie trzeba wyeliminować stosując wszelkie możliwe środki – tak jak w filmie „Armageddon“, w którym grupie bohaterów skupionych wokół aktora Bruce’a Willisa ostatecznie udaje się uratować ludzkość.

 
Niestety, zmiany klimatyczne grożą katastrofą gigantycznych rozmiarów, taką jak ta z filmu, jednak nie jest łatwo zmobilizować się przeciwko nim. Nadmierne zużycie węgla, ropy i gazu jest przyczyną wzrostu średniej temperatury na Ziemi – wzrostu tak dynamicznego i silnego, jak nigdy dotąd na przestrzeni milionów lat. Topnieją lodowce, lód znika z bieguna północnego, w wodę zamienia się lodowy pancerz Grenlandii. Już samo to spowoduje, że poziom wody w oceanach podniesie się trwale o siedem metrów. W krótkim czasie miasta przybrzeżne, takie jak Hamburg, Nowy Jork, Londyn i Szanghaj, będą zagrożone zalaniem. Tereny podmokłe najprawdopodobniej staną się jeszcze bardziej mokre, albo zupełnie znikną pod wodą. Grożą nam susze i powodzie, głód i wędrówki ludów. Gdzie szukać Bruce’a Willisa na okoliczność katastrofy klimatycznej?


Świadoma tych zagrożeń ludzkość spiera się o to, czy rzeczywiście chce powstrzymać nieszczęście, które jej zagraża. Kto miałby za to odpowiadać? I kiedy? „Prztyczkiem w nos” za takie zachowanie, jak twierdzi Martin Voss, dyrektor Instytutu Badania Katastrof na uniwersytecie w Kilonii, jest już globalny dwustopniowy wzrost temperatury – zjawisko, które trudno lekceważyć. „Człowiek po prostu wypiera świadomość nadchodzącego kataklizmu” mówi Voss. Zwłaszcza, jeśli nie zwiastuje go nic namacalnego, nic, co można zobaczyć – tak jak meteoryt. Dwa stopnie? Tyle zostanie, czy będzie dalej rosnąć – do trzech, czterech, pięciu, sześciu, albo nawet siedmiu stopni – co oznaczałoby, że średnia temperatura na Ziemi wyniesie nie piętnaście, tylko dwadzieścia stopni Celsjusza? Nad takimi zagadnieniami debatują w Kopenhadze przedstawiciele wszystkich państw świata. Od 1995 roku spotkają się już piętnasty raz, by o tym rozmawiać. Tyle że problem staje się coraz większy. Wartość rocznej emisji dwutlenku węgla – substancji w największej mierze odpowiedzialnej za niekorzystny kierunek trendu ku gorącym czasom – dzisiaj jest o jedną trzecią większa, niż w roku 1995, kiedy w Berlinie odbyła się pierwsza konferencja poświęcona zmianom klimatu na Ziemi. To brzmi zgoła groteskowo i nie jest dobrym znakiem dla kopenhaskiego konklawe. Jeśli cel: „dwa stopnie więcej” ma pozostać realny, wartość światowej emisji CO2 w roku 2050 musi wynieść połowę tego, co zanotowano dla roku 1990. Porównując z rokiem 2008 emisja musi spaść nawet o dwie trzecie.


Parę stopni więcej na skali Celsjusza nie wygląda tak strasznie jak pędzący meteoryt, ale spustoszenie będzie takie same. Jeśli ma być dobrze, trend odzwierciedlający emisję dwutlenku węgla na Ziemi musi natychmiast zwrócić się w drugą stronę: na dół. Jeśli pik zostanie osiągnięty później, ludzie będą musieli dokonać większych cudów. Każdy kolejny rok opóźnienia w efekcie wymusza większą redukcję emisji CO2 do roku 2050 – czyli przynajmniej o pięć procent na przykład, jeśli najwyższa wartość zostanie odnotowana w roku 2015. Jeżeli ilości dwutlenku węgla wysyłane do atmosfery będą rosnąć do 2020 roku, roczna wartość spadku będzie musiała wynosić dziewięć procent (patrz załączony wykres). John Schnellhuber, dyrektor Poczdamskiego Instytutu Badań Skutków Zmian Klimatycznych (Potsdamer Institut für Klimafolgenforschung) ogłosił niedawno, że dziewięć procent mniej CO2 rocznie to wynik możliwy jedynie w warunkach gospodarki wojennej.


To nie jedyne wyzwanie, przed jakim stoją równo trzy tuziny krajów uprzemysłowionych. W szybszym tempie niż reszta świata będą musiały rozstać się z węglem, ropą i gazem, tak aby kraje rozwijające się i nowe kraje przemysłowe, które dotychczas emitowały mniej dwutlenku węgla, mogły spalić chociaż jeszcze trochę problemowych surowców nie rujnując przy tym klimatu. Oznacza to, że kraje bogate, a zatem również Niemcy, w ciągu zaledwie czterdziestu lat będą zmuszone wyeliminować dokładnie te materiały, które od chwili wynalezienia maszyny parowej wykorzystuje się do zamiany martwej materii w używalną energię – a zatem te materiały, którym zawdzięczają swój dobrobyt i na których opiera się ich dzisiejsza cywilizacja.


Za 40 lat Brema i Hamburg mogą być zagrożone


Cztery dziesięciolecia to okres na tyle krótki, że jego końca dożyje ponad połowa ludzi dziś mieszkających na terenie Niemiec. Ludzie ci będą mogli się przekonać, czy rozstanie z węglem, ropą i gazem powiedzie się, czy też podnoszący się poziom mórz stanie się groźny dla Bremy i Hamburga.


Wyzwanie, aby uporać się z takim problemem w tak krótkim czasie, wymaga wiele więcej niż zwykłe zmiany strukturowe. Nawet przebudowa ekologiczna, w ramach której na przestrzeni ubiegłych trzydziestu lat w wielu krajach industrialnych udało się oczyścić rzeki, jeziora i powietrze, w porównaniu wydaje się igraszką. – Historia nie zna przykładu tak gwałtownej zmiany orientacji dokonanej w tak krótkim czasie – mówi Jürgen Osterhammel, profesor historii z Konstancji, autor opublikowanej pod tytułem Die Verwandlung der Welt (Przemiana świata), książki poświęconej epoce industrializacji. Niezależnie od tego, jakie decyzje zostaną w Kopenhadze podjęte przez dyplomatów, ministrów i szefów państw i rządów, z pewnością będą decyzjami, które zmienią świat. Jeśli będą wymigiwać się od porozumienia co do konsekwentnej ochrony klimatu, skutki globalnego ocieplenia trwale zmienią oblicze Ziemi. Zgodne wyznaczenie efektywnego programu służącego zapobieganiu zmianom klimatycznym będzie równoznaczne z sygnałem startu dla społecznej transformacji, charakterem i rozmiarami przypominającej fundamentalne przełomy w historii ludzkości, jak na przykład kres wędrówek plemion i początek osiedleńczego trybu życia. Właśnie takie porównanie szkicuje Claus Leggewie, dyrektor Instytutu Kulturoznawstwa w Essen. Jednocześnie wyraża swoje powątpiewanie. Odzwyczaić siedem, a niebawem już osiem lub zgoła dziewięć miliardów ludzi od kopalnych i nieodnawialnych źródeł energii w ciągu zaledwie czterdziestu lat, bądź też – u części z nich – w ogóle powstrzymać ukształtowanie się tego przyzwyczajenia? – To w zasadzie niemożliwe – mówi Leggwie, członek niemieckiej Rady Naukowej ds. Globalnych Zmian Klimatycznych (Wissenschaftlicher Beirat der Bundesregierung für Globale Umweltveränderungen – WBGU”), która doradza rządowi RFN w sprawach dotyczących tego tematu. Czysto technicznie można by to zrobić. Od dawna wiadomo, jak mieszkać, gospodarzyć i podróżować nie rujnując klimatu. Co prawda ludzie musieliby zmienić swoje zachowanie, ale wiele problemów można by rozwiązać niejako „maszynowo”. Ludzkość nie musiałaby się zdać nawet na jakieś przełomowe wynalazki. – Przebudowa jest jak najbardziej możliwa – mówi Jürgen Schmid, profesor Technik Energii Elektrycznej na uniwersytecie w Kassel należący do grona największych znawców tematu na świecie.


Domy rzeczywiście można by budować lub przebudowywać tak, że zimą nie potrzebowałyby ogrzewania. Atmosferze ziemi oszczędziłoby to wiele miliardów ton dwutlenku węgla rocznie. Światowa flota samochodowa licząca około miliarda aut dziś zachowuje mobilność wyłącznie dzięki silnikom spalinowym. Każdy z nich to malutki zabójca klimatu. Jeśli ocieplenie ma się zatrzymać na granicy dwóch stopni, w przyszłości samochody trzeba by napędzać w sposób wykluczający emisję CO2 – na przykład za pomocą silników elektrycznych, znanych przecież już w czasach „przedspalinowych”. Także baterie elektryczne wytwarzane są przemysłowo już od wielu, wielu lat. Nowe wynalazki? Niepotrzebne – mówi Schmid, specjalista w dziedzinie wykorzystania i przetwarzania energii. To, co już mamy, trzeba by tylko „zoptymalizować”. Jednak napęd elektryczny miałby sens jedynie wówczas, gdy pozyskiwanie prądu nie wiązałoby się z emisją CO2. To samo dotyczy zresztą wszystkich innych zastosowań energii elektrycznej. „Ekologizacja” gospodarki elektroenergetycznej byłaby zatem wyzwaniem najważniejszym. Również z nim można by się uporać. Czysto technicznie możliwa jest bezemisyjna produkcja energii elektrycznej pokrywająca wielokrotność dzisiejszego zapotrzebowania – i to nawet w warunkach podjętej dla ochrony środowiska rezygnacji z biomasy jako paliwa. Słońce, wiatr, geotermia i strumienie rzek mogłyby dostarczać 200 razy więcej prądu niż dzisiaj zużywa się na całym świecie – to wyliczenia opublikowane niedawno na łamach amerykańskiego „The Electricity Journal”; jak dotąd wykorzystujemy mniej niż 0,09 procent tego – jak się wydaje – nieskończonego potencjału. Badacze amerykańscy Mark Jacobson i Mark Delucchi skalkulowali, jaka infrastruktura musiałaby zostać rozbudowana w ciągu najbliższych dwudziestu lat, aby zasilić cały świat ekologicznym „zielonym” prądem. Rezultat: 1,7 miliardów baterii słonecznych na dachach domów, 3,8 milionów turbin wiatrowych i 49 tysięcy solarociepłowni – między innymi. Wydaje się, że to bardzo wiele, jednak w zestawieniu z 73 milionami samochodów osobowych i tirów liczby te maleją. Do zielonych elektrowni dochodzą inteligentne sieci dystrybucji energii elektrycznej i autostrady prądowe łączące całe kontynenty. Ich budowa to z pewnością nie igraszka, jednak nie jest to również praca Syzyfa. Jacobson i Delucchi twierdzą, że światowy przełom energetyczny możliwy jest do zrealizowania w trybie ekspresowym – do roku 2030, a nie, jak się zakłada, do 2050. Wypowiedzi Schmida są podobnie optymistyczne i coraz więcej przedstawicieli nauk ścisłych podziela tę opinię. A co z ekonomistami? Zgodnie z Międzynarodową Agencją ds. Energii (IEA) w najbliższych latach konieczne będą gigantyczne inwestycje na przebudowę światowej infrastruktury energetycznej: mowa tu o 254 bilionach dolarów amerykańskich do roku 2050 – i to nawet bez założenia zdecydowanej polityki na rzecz ochrony klimatu. Mimo tak ogromnych nakładów, emisja CO2 zamiast spadać byłaby większa – tak prognozuje ekonomiczna „loża umysłów” krajów uprzemysłowionych oferując światu perspektywę mało budującą.

 

Bruce Willis powiedziałby: „Niezły deal”


Ale jest też inna – lepsza: gdyby ludzkość zainwestowała w swój system energetyczny jeszcze trochę więcej, istniałaby szansa, że temperatura na Ziemi rzeczywiście wzrośnie tylko o dwa stopnie – pod warunkiem, że całą sumę przeznaczona zostanie na właściwą technologię. Jaka technologia jest właściwa? Oczywiście „zielona” – ta, która gwarantuje większy uzysk z jednej kilowatogodziny. Według IEA potrzeba byłoby na to dodatkowo 45 bilionów dolarów.


Wydaje się, że to porażająca kwota, jednak w skali rocznej, to mniej więcej tyle, ile dziś w ciągu roku wypracowują Włochy. Clou całego przedsięwzięcia polega na tym, że dodatkowe inwestycje finansowałyby się właściwie same dzięki zaoszczędzonym wydatkom na węgiel, ropę i gaz. Ponieważ zyski pojawią się później niż koszty, z dzisiejszej perspektywy wydają się trochę mniejsze. Jednak dodatkowe nakłady zaoszczędzą ludzkości kosztownych konsekwencji ocieplenia klimatu. „Niezły deal”, powiedziałby Bruce Willis. W każdym razie nie można powiedzieć, że nie stać nas na ochronę klimatu. – Koszty są niewielkie, albo w perspektywie długofalowej nie stanowią dużego obciążenia” – mówi Karsten Neuhoff kierujący berlińskim oddziałem Climate Policy Initiative. Tyle, że „polityka musiałaby wyznaczyć właściwe ramy, aby ewolucja energetyki mogła ruszyć z miejsca.” … i tutaj zaczyna się problem. Jeśli politycy chcą, aby te wysiłki zakończyły się sukcesem, muszą aprobować znaczne obciążenia dla gospodarki energetycznej i konsumentów. Wbrew obiegowej opinii tradycyjne źródła energii nie są na wykończeniu. Ich znaczne zasoby znajdują się nadal we wnętrzu ziemi. Nadające się do eksploatacji złoża ropy, gazu, a w szczególności węgla, są tak potężne, że gwarantują zasadność najbardziej apokaliptycznych wizji ocieplenia. Ich urzeczywistnieniu zapobiec można tylko wtedy, gdy ludzkość zrezygnuje z zamiaru wrzucenia całości (dwóch trzecich właściwie – gwoli ścisłości) tych zasobów do pieca. To właśnie polityka musiałaby zorganizować tę rezygnację – przede wszystkim wyznaczając cenę za emisję dwutlenku węgla do atmosfery. Prędko. – Bez globalnego rynku węgla nie sposób osiągnąć celu „dwóch stopni, nie więcej” – mówi Ottmar Edenhofer, główny ekonomista Instytutu Poczdamskiego i członek kadry zarządzającej Międzynarodowego Zespołu ds. Zmian Klimatu (IPCC).

 

Tak, czy siak, Barak Obama, Wen Jiabao, Angela Merkel i parę tuzinów szefów innych państw obrali kurs: na Kopenhagę i na politykę na rzecz ochrony klimatu. Tyle że tempo, w jakim się przemieszczają, pozostaje w tyle za tempem zmian klimatycznych, co nie nastraja nas optymistycznie. Jak to powiedział kulturoznawca z Essen? „W zasadzie to niemożliwe.” Więc toniemy? A może jednak jest to możliwe? Ale jak i za pomocą czego? To jest pytanie, które właściwie interesuje Leggewiego i znalazł już na nie kilka odpowiedzi. Nadzieję przynoszą mu dane zbierane od kilku dziesięcioleci przez międzynarodową sieć badaczy. Dane dokumentują przemianę wartości, jaka z wolna dokonuje się u ludzi. Rośnie świadomość ekologiczna. Style życia mutują, wychodzą z niszy „alternatywności”, docierają do środowisk i podmiotów opiniotwórczych i generują nowe rutyny w codziennym życiu. Reklama i „szemrana” propaganda grają rolę nośnika tej przemiany świadomości, która – jak twierdzi Leggewie – rozpowszechniła się już dużo bardziej niż często się zakłada.


Odwagi dodaje mu również to, że dobrze poinformowani obywatele na całym świecie pojmują już, że kultywowanie utrwalonych przyzwyczajeń oznacza kłopoty dla przyszłych pokoleń, nie mówiąc już o tym, że doskonale zdają sobie z tego sprawę młodzi ludzie, których bezpośrednio to dotyczy. „Największą siłą napędową przemian społecznych i politycznej mobilizacji są przełomy pokoleniowe.”, mówi Leggewie. Zmiana zachodzi z większą mocą, ponieważ jest w zgodzie z wielkim trendem ekonomicznym: trendem w stronę ekologii.


To nie twardy przymus faktów i materii jest wrogiem polityki na rzecz ochrony klimatu, tylko skłonność systemów politycznych do trwania przy staroindustrialnym sposobie myślenia. Wszystko to są uwarunkowania często określane mianem „miękkich”. Czy wystarczająco prędko zamienią się w polityczne realia? Być może. Leggewie pozostaje sceptykiem. Ale mówi też, że istnieje „cień szansy”. Bruce Willis nie potrzebował więcej.

 

Artykuł został opublikowany w 45. numerze „Die Zeit” w dn. 3 grudnia 2009 roku.
Tłumaczenie z języka niemieckiego: Sebastian Worożbit
Redakcja: Zofia Matejewska

Tekst jako pdf

 

©

 

© dla polskiego tłumaczenia







Dodaj do:    Dodaj do wykop.pl Wykop    Dodaj do del.icio.us del.icio.us    Dodaj do mister-wong.com mister-wong    Drukuj Drukuj    Poleć znajomemu Poleć znajomemu
Od: Adres email znajomego: Wyślij Wyślij

Wasze komentarze:

Add commnet Dodaj komentarz


Anuluj   Wyślij
 
  • Do wybranego artykułu nie został jeszcze dodany żaden komentarz.

Point. Kalendarz Polsko-Niemiecki jest realizowany przez FWPN

Fundacja Współpracy Polsko Niemieckiej

Die Zeit po polsku

2010-07-30
:: NR 40 | HURA! JESZCZE CZYTAMY
2010-07-23
NR 39 | JAK BARDZO KONSERWATYWNY JEST GUTTENBERG?
2010-07-16
NR 38 | AUTORYTET
2010-07-09
NR 37 | CZY NIEMIECKI DA SIĘ JESZCZE URATOWAĆ?
2010-07-02
NR 36 | WYPĘDZENI
2010-06-25
NR 35 | PRAWDZIWI OBYWATELE
2010-06-18
NR 34 | MISTRZ PATOSU WOLNOŚCI
2010-06-11
NR 33 | CZŁOWIEK DOBREJ WOLI
2010-06-04
NR 32 | NIE JESTEM SZCZĘŚLIWY. NIGDY NIE BYŁEM
2010-05-28
NR 31 | JAK WIĘC BYĆ POWINNO?
2010-05-21
NR 30 | JA CIĘ WIDZĘ, TY MNIE NIE
2010-05-08
NR 29 | OJCZYZNA BEZ GRANIC
2010-05-07
NR 28 | OKLASKÓW NIE BĘDZIE
2010-04-30
NR 27 | NOWI MY
2010-04-23
NR 26 | CZEGO NIE WOLNO MÓWIĆ W NIEMCZECH
2010-04-16
NR 25 | W KRAINIE SŁÓW
2010-03-19
NR 24 | MARSZ NA BERLIN
2010-03-12
NR 23 | WIELKI HAZARD
2010-03-05
NR 22 | CHODŹCIE WSZYSCY DO NAS!
2010-02-26
NR 21 | ŚWIAT NA HAKU ABORDAŻOWYM

Wyszukiwarka

Newsletter

Jeśli chcesz otrzymywać co piątek subskrybcje "Die Zeit" w języku polskim, zapisz się do naszego newslettera.