 |
 |
Autor: Krzysztof Tokarz
Po jednej z konferencji wdałem się w rozmowę z byłym korespondentem „Gazety Wyborczej” w Niemczech, uznającym się za eksperta w stosunkach polsko-niemieckich. Nazwiska przez grzeczność nie wymienię, bo była to rozmowa kuluarowa, a i wstydu nie chcę mu robić. Mój rozmówca rzucił sarkastycznie: jaka mniejszość polska w Niemczech? Ci z Löcknitz? – dodał z nieskrywaną pogardą. No i oczywiście nie mogło zabraknąć kąśliwej uwagi, jacy ci Polacy w Niemczech „be”, jacy rozdarci, jacy skłóceni itd. itp. Pomyślałem: Czy można się dziwić Niemcom skoro nawet Polacy uważający się za „ekspertów”, powtarzają stare jak świat, wyświechtane argumenty, aby czasami nie uznać statusu mniejszości dla Polaków żyjących od wielu pokoleń w Niemczech?
Na drugim biegunie skrajności pojawiają się zupełnie inne, równie niedorzeczne głosy: – Mniejszość niemiecka cieszy się w Polsce dużymi przywilejami. Chcemy im je odebrać, bo Polacy w Niemczech takich przywilejów nie mają – tłumaczyła w "24 Godzinach" szefowa Powiernictwa Polskiego, senator PiS Dorota Arciszewska-Mielewczyk. Cóż, nikogo rozsądnego chyba nie trzeba specjalnie przekonywać, że odbieranie czegokolwiek mniejszości niemieckiej w Polsce, żeby uzyskać nawet słuszne prawa dla Polaków w Niemczech – jest delikatnie rzecz biorąc głupie, aby dosadniej tego już nie skomentować.
„Rzeczpospolita” dotarła do bardzo ważnego dokumentu, który na zlecenie polskiego Ministerstwa Spraw Zagranicznych przygotowała grupa naukowców. Eksperci twierdzą, że delegalizacja Związku Polaków w Niemczech hitlerowskim dekretem z 1940 roku była niezgodna nawet z ówczesnym prawem. Swoją drogą, władze obecnych Niemiec bardzo rzadko, jak w tym wypadku – upierają się przy obronie prawa stanowionego przez Hitlera. Ale wracając do tematu, ekspertyza oznacza ni mniej ni więcej, tylko tyle że Polacy powinni być traktowani przez dzisiejsze zjednoczone Niemcy jako mniejszość. Ale to nie wszystko. Zachowują prawo do zagrabionego im niesłusznie przez III Rzeszę majątku. Z takiego obrotu sprawy cieszył się nie tylko Stefan Hambura, berliński, dość kontrowersyjny adwokat, który w sierpniu złożył w imieniu organizacji polonijnych wniosek do Angeli Merkel chociaż o symboliczne uchylenie hitlerowskich przepisów. W relacjach polsko-niemieckich, co już staje się niemal normą, coraz większą rolę odgrywają prawnicy. Ale nie wolno dać się zwieść pozorom. Tak naprawdę wszystko zależeć będzie od polskich i niemieckich polityków.
Nie ma też co ukrywać, że Polacy w czasie podpisywania polsko-niemieckiego traktatu o dobrym sąsiedztwie w 1991 roku celowo zbytnio nie walczyli o rodaków w Niemczech. Wtedy przekonywano opinię publiczną, jak to fajnie, że podpisaliśmy tak ważny dokument. Kiedy podnieślibyśmy zbyt mocno kwestię ochrony praw polskiej mniejszości w Niemczech, to nie doszłoby do podpisania traktatu. Jednocześnie rząd polski zgodził się wypłacać ciężkie miliony niemieckim organizacjom w naszym kraju na kulturę, oświatę itp. Stworzono specjalnie dla mniejszości niemieckiej polityczny przywilej, niższego niż dla Polaków wyborczego progu. Wszystko po to, by polscy Niemcy cieszyli się władzą i zasiadaniem w polskim parlamencie. Zresztą kolejne polskie rządy nabierały wody w usta, kiedy była mowa o wspieraniu praw Polaków w Niemczech. Nie trzeba być wybitnym znawcą tematu, aby za tą zmową milczenia nie dopatrzeć się polityki, czasami nawet tej wielkiej. Wykładając kawę na ławę – bano się, że Niemcy będą się „mścić”. A to, że najpierw RFN nie uzna granicy na Odrze i Nysie – no ale już przecież uznała! A to, że będzie wspierać separatystów z Opolszczyzny – tyle że ta obawa okazała się raczej mrzonką niż polityczną rzeczywistością. Poza tym wspieranie separatyzmu, zwłaszcza na Opolszczyźnie i Śląsku byłoby samobójczą polityką dla samego Berlina. Później niepisana obawa, że jak będziemy walczyć o swoje zbyt intensywnie, to Niemcy staną nam okoniem na drodze do Unii i NATO. Stało się zupełnie odwrotnie. To nikomu innemu jak właśnie zachodniemu sąsiadowi zawdzięczamy członkostwo w Unii Europejskiej. Gdyby nie jego poparcie nasza droga do zachodnich struktur znacznie by się wydłużyła. Tak więc nie ma żadnych przeciwwskazań przed podjęciem działań w obronie praw Polaków w Niemczech.
Autorzy ekspertyzy dla MSZ sugerują renegocjację traktatu o dobrym sąsiedztwie, tak, by znalazły się tam zapisy o mniejszości polskiej w Niemczech. Być może warto to zrobić. Ale tu sporo zależy też od polskich władz i rządu Angeli Merkel. W przypadku dobrej woli Berlina wystarczyłaby tylko drobna, niemalże techniczna korekta. Niemcy są dziś bez wątpienia krajem demokratycznym, a inne uznane mniejszości cieszą się tam znacznymi przywilejami. No i nie ma co ukrywać – chodzi też o pieniądze. Na mniejszości niemieckie państwo wydaje od 2500 do 5000 Euro na głowę. Może opór u części niemieckich polityków uznania istnienia mniejszości polskiej wynika ze strachu i niewiedzy? Bo tu nie chodzi o wszystkich Polaków w Niemczech. Tych może być nawet od 1,5 do 3,5 miliona osób. Ale statusem mniejszości cieszyłaby się grupa potomków tych, którzy w 1939 mieszkali w Rzeszy. Wylicza się, że ze statusu mniejszości polskiej w Niemczech może skorzystać ok. 400 tys. osób.
Strach w Niemczech objawia się już w samym używaniu terminu mniejszość polska. Nie raz słyszałem na własne uszy, jak Niemcy alergicznie na ten termin reagowali. Natychmiast poprawiali mówcę, że u nich – przynajmniej oficjalnie uznanej – żadnej mniejszości polskiej nie ma. No, może co najwyżej Polonia. Tak samo pamiętam bano się w Polsce przed tym, kiedy oficjalnie uznano fakt istnienia polskich Niemców. Teraz jest sytuacja odwrotna. Należy tylko w spokojnej dyskusji z niemieckimi partnerami wyjaśniać, informować, przekonywać. Nie tupać nogami czy używać jako elementu szantażu przywilejów, jakimi cieszą się Niemcy w Polsce. W rzeczowej dyskusji należy przekonywać tych, którzy się boją, że uznanie oficjalnie stanu faktycznego nie przyniesie państwu niemieckiemu szkód, a korzyści. Bo potwierdzi, że do prawa mniejszości narodowych nie podchodzi się wybiórczo, uznając tylko to, co wygodne. Tym samym też odpowiadam panu redaktorowi z „Wyborczej”. Nie, tu nie chodziło i nie chodzi o wszystkich Polaków w Niemczech, ale o mniejszość, która tam żyje i jest, czy się to komuś podoba czy nie. Co najwyżej rodzi się pytanie: kiedy zostanie formalnie uznana?
|