 |
 |
Autor: Krzysztof Tokarz
Od co najmniej 2005 roku Erika Steinbach propaguje budowę miejsca pamięci niemieckich wypędzonych. Jednak pomysł powołania do życia muzeum wypędzonych nie jest nowy. Zaistniał już wiele lat temu. Był kontrpropozycją dla znanego miejsca w Berlinie, a mianowicie pomnika Holocaustu. Miał zneutralizować położone w samym centrum niemieckiej stolicy miejsce ofiar nazizmu.
Losy muzeum i Związku Wypędzonych
Jak się mówiło, „dziecko” szefowej ziomków – najpierw pod nazwą Centrum Przeciwko Wypędzeniom [Zentrum gegen Vertreibungen, przyp. red.] – przechodziło różne koleje losu. Często padały też wobec niego konkurencyjne pomysły. Jak na przykład ten, o którym mało kto dziś pamięta – powołania sieci muzeów wypędzeń. Wśród lokalizacji wymieniano między innymi Wrocław. Myślano też o tym, aby muzeum powstało w Zgorzelcu. Pomysły Eriki Steinbach skutecznie blokował rząd Gerharda Schrödera, niechętny wobec wzrostu potęgi wypędzonych. Wówczas nawet wydawało się, że stanowcza postawa rządzących Niemcami socjaldemokratów i zielonych zniechęci pomysłodawców opisywanej instytucji i ta w ogóle nigdy nie powstanie. Lecz konsekwencji Steinbach odmówić nie można. Zmieniały się kolejne rządy, koalicje, ale nie idea stworzenia fundacji, która będzie zarządzała muzeum ziomków.
Sięgając do głębokiej historii, Polska i wypędzeni zawsze byli w stosunku do siebie w głębokiej opozycji. Po 1945 roku, kiedy ziemie wschodnie Rzeszy na mocy ustaleń zwycięskich mocarstw przypadły między innymi Polsce, a Niemcy zostali z nich wysiedleni, konflikt był nieunikniony. Organizacje ziomkowskie zaistniały w polityce zarówno PRL jak i ówczesnego NRF. W latach komunistycznej Polski problem ziomków i ich roszczeń był jedynym punktem, który łączył ówczesną władzę i społeczeństwo. Lata komunistycznej propagandy i straszenia polskich dzieci Herbertem Hupką i Czają zrobiły swoje. Dla młodszych czytelników małe uzupełnienie. Wyżej wymienieni to prominentni działacze ziomkowscy. Czaja pełnił przez wiele lat tę samą funkcję, co dziś Erika Steinbach. Z kolei w Niemczech Zachodnich wypędzeni zawsze byli ważnym elektoratem, ale nie tylko. Grali również rolę straszaka na Polskę i ewentualną prewencyjną zaporę przeciwko polskim roszczeniom za zniszczenia dokonane przez III Rzeszę. Ale też polscy politycy nie próżnowali i niemalże w każdej kampanii wyborczej wykorzystywali istnienie Związku Wypędzonych do walki z przeciwnikami politycznymi wewnątrz kraju. To nie mogło wzbudzać zaufania po stronie niemieckiej. W końcu niemiecki rząd nigdy nie wspierał roszczeń wypędzonych, a granica na Odrze i Nysie została potwierdzona już w 1970 roku. Ostateczne uznanie polskiej granicy zachodniej nastąpiło w traktacie granicznym z 1990 roku. No i wreszcie żaden liczący się niemiecki polityk nigdy jawnie nie nawoływał do rewizji istniejącego porządku. Tak więc niejednokrotnie słyszane po stronie polskiej głosy przestrachu nie miały faktycznego uzasadnienia.
Prawdziwy przełom nastąpił w momencie zmiany rządu i przejęcia władzy przez CDU/ CSU. Nie jest żadną tajemnicą, że te dwie chadeckie partie mocniej niż SPD czy FDP popierają wypędzonych. Oficjalna wersja głosi, że czynią tak, ponieważ wypędzeni to wiele głosów wyborczych. Wygląda na to, że socjaldemokratom nie zależy na głosach wypędzonych...
Pomysł powołania do życia fundacji upamiętniającej wypędzenie Niemców stanowi kość niezgody już nie tylko Berlina z Warszawą, ale i powód do tarć w koalicji CDU/CSU z Partią Wolnych Liberałów. Wściekłość u ziomków wzbudza szef niemieckiej dyplomacji, Guido Westerwelle. Mówią o nim pełnym uszczypliwości tonem, że jest ministrem spraw zagranicznych nie Niemiec a Polski. Złość u wypędzonych budzi fakt, że obecny szef niemieckiego MSZ nie godzi się na udział Steinbach w radzie Fundacji "Ucieczka, Wypędzenie, Pojednanie". Widząc, co się dzieje wokół samej organizacji muzeum niemieckich wypędzonych, można powiedzieć, że ostatni człon nazwy jest co najmniej na wyrost. Wspomniana instytucja będzie spełniała wiele funkcji, być może i pożytecznych, ale jak na razie jest powodem konfliktów.
Postawa polskiego rządu
Polskie rządy od samego początku były krytyczne wobec pomysłu powstania muzeum, obojętnie, kto był aktualnie przy władzy w Warszawie. Różnił je jedynie sposób wyrażania niezadowolenia. Jedni robili to bardzo głośno, inni bardzo cicho. Tak właśnie jest teraz, kiedy w czasie potężnej kampanii nie tylko medialnej, ale politycznej w Niemczech – oficjalnie Warszawa milczy. Milczy ten sam rząd, który jeszcze rok temu podczas kolejnej odsłony sporu ustami Władysława Bartoszewskiego głośno protestował. Na tyle głośno, że wzbudził zakłopotanie po stronie niemieckiej. Nawet przewodniczący niemieckiego parlamentu [Lammert - przyp. red.] zdecydował się wystosować specjalny list w tej sprawie, wyrażając – delikatnie rzecz ujmując – zdziwienie postawą zasłużonego skądinąd i znanego z przyjaźni do Niemców pełnomocnika Tuska ds. niemieckich, Władysława Bartoszewskiego. Teraz, kiedy w Niemczech temperatura sporu jest bardzo wysoka, Warszawa rozsądnie nie zabiera głosu.
Reakcja w Niemczech
Nawet działacze Związku Wypędzonych przyznają, że taka postawa rządzących nad Wisłą ich zaskoczyła. Teraz już nie mogą zjednoczyć frontu przeciwko Westerwellemu i powiedzieć, że Polacy znów wtrącają się w wewnętrzne niemieckie sprawy, jak to miało miejsce jeszcze nie tak dawno, kiedy to nie tylko działacze BdV z oburzeniem odnosili się do płynących znad Wisły protestów. Kuriozalnie głosy z Polski, zwłaszcza te krytyczne, wzmacniały wewnątrz RFN obóz zwolenników Steinbach i jej pomysłu budowy Widocznego Znaku. Dotychczasowi oponenci znaleźli się w trudnym położeniu. Bo być może nie wszyscy w RFN popierają organizacje wypędzonych, ale niemalże nikt nie lubi, kiedy „obcy” wtrącają się do tego, co robi się we własnym domu. I polskie władze również odrobiły swoje zadanie domowe. Sprzeciw jest jasny, zgłoszony już wcześniej, a oficjalnych reakcji, oczekiwanych wręcz protestów - brak.
Prawdziwa kampania na rzecz poparcia Steinbach, bardzo kontrowersyjna, została przeprowadzona na łamach poczytnego niemieckiego dziennika „Frankfurter Allgemeine Zeitung”. Ale i ona nie przyniosła oczekiwanego efektu. Ci, którzy liczyli na to, że dzięki wielu kontrowersjom uda się sprowokować Warszawę, srodze się zawiedli. W kuluarach przyznają to nawet działacze związku. Nie udało się i nie będą mogli uderzać w nutę „widzicie, Polacy wtrącają się do naszych spraw". Nowa propozycja wysunięta przez samą Erikę Steinbach miała zapewne ożywić dyskusję. W zamian za jej rezygnację z kandydowania, BdV ma otrzymać więcej członków w radzie i de facto przejąć kontrolę. To jeszcze nie wszystkie żądania wypędzonych. Chcą oni ponadto, by niemieckie państwo straciło kontrolę nad planowaną instytucją. Ich pomysł to również oderwanie Fundacji "Ucieczka, Wypędzenie, Pojednanie" od Deutsches Historisches Museum. Ten "kompromis" pozwoli także z twarzą wyjść Westerwellemu, ponieważ Erika Steinbach nie zasiadłaby ostatecznie w radzie fundacji.
Na terenie Niemiec istnieje szereg placówek upamiętniających ziemie utracone przez rozpętanie II wojny światowej. I nie wzbudza to większych emocji. W przypadku tego konkretnego przedsięwzięcia dzieje się zupełnie inaczej. Być może wynika to z faktu, że będzie ono różniło się od innych. Ale czy Niemcy nie mają prawa do zachowania pamięci o terenach, na których często przez wiele stuleci żyli, pracowali, nadawali im charakter? Czy budowa muzeum niemieckich wypędzonych w Berlinie musi wzbudzać aż taki opór? Być może nadszedł czas, aby muzeum poświęcali swoją uwagę naukowcy, dziennikarze, a niekoniecznie politycy.
|