 |
 |
Autor: Jan Ross
Przez dwanaście miesięcy hucznie świętowaliśmy rocznice wydarzeń 1989 roku. Jednak my, Europejczycy, przegapiliśmy wielką szansę.
Pod koniec jubileuszowego roku 2009 pozostaje jedno pytanie. W ciągu ubiegłych miesięcy Europejczycy obchodzili rocznicę wielkich wydarzeń roku 1989, etapów wyzwolenia kontynentu spod jarzma komunizmu i zimnej wojny: zwycięstwa NSZZ „Solidarność” w Polsce, upadku muru berlińskiego i „aksamitnej rewolucji” w Pradze. Ile wspólnego ma owa bohaterska przeszłość i historia sukcesu z Europą dzisiejszych czasów – Europą pana van Rompuy’a i Lady Ashton piastujących główne urzędy Unii Europejskiej? Kto ma ochotę na więcej europejskiej wielobarwności, musi trzymać się Silvia Berlusconiego.
Łatwo jest naigrywać się z nudnej normalności, ale to niesprawiedliwe. Nie sposób bez przerwy doświadczać dramatów i stanów wyjątkowych, a w Europie, po krwawych ekscesach XX wieku, to zjawiska zgoła niepożądane. A jednak trzeba mierzyć Unię Europejską roku 2009 miarą doświadczeń roku 1989. Ten rok również był programem, nadzieją, obietnicą i należy zadać pytanie, czy Europa jej dotrzymała. Kontynent politycznie zamrożony, uzależniony od ówczesnych supermocarstw: Stanów Zjednoczonych i Związku Radzieckiego 20 lat temu stanął przed szansą odzyskania historycznej inicjatywy i możności decydowania o własnym losie. Prawa człowieka i demokracja zatriumfowały nad tyranią, jak w paradoksalnej syntezie waleczności Churchilla i pacyfizmu Gandhiego.
Na brzegu nie statua wolności, tylko patrol straży nadbrzeżnej
Jeśli kiedykolwiek istniała jakaś europejska misja, lepsza od wcześniejszych wątpliwych imperializmów, to właśnie taka: sprawić, by idealizm, wolność od przemocy, humanitaryzm pokojowej rewolucji stał się miarą polityki i modelem lepszego świata. Rok 1989 oznaczał okazję wylansowania „europejskiego snu” na wzór słynnego „amerykańskiego” – europejski sen o pojednaniu, polityce i moralności, bez fanfar optymizmu, jakie znamy ze Stanów, lecz bardziej wyciszony, z balastem historycznego doświadczenia – lekcją z okropieństw z przeszłości. Ale Europie grozi przegapienie tej szansy i tego snu. Wewnątrz jest wspaniała, na zewnątrz strachliwa i zimna.
Jak to się dzieje? Wysiłek cywilizacyjny ponoszony przez Unię Europejską jest przecież ogromny: przestrzeń praworządności i dobrobytu dla prawie pół miliarda ludzi; przeobrażenie nieobliczalnej niegdyś polityki państw w stały proces negocjacyjny przebiegający według ściśle określonych reguł. Bruksela zamiast Verdun. Mimo przypadków recesji w stronę demagogii i korupcji, nowa europejska kultura zadomowiła się na dobre daleko na Wschodzie. W Polsce – najważniejszym kraju Europy Środkowej – klęskę poniósł nacjonalizm braci Kaczyńskich. Rozsądek, duch czasu, Unia Europejska okazały się silniejsze. Europa stanowi system bezpieczeństwa, w którym żaden kraj nie może całkowicie wypaść z torów.
Również w aspekcie ekonomicznym i społecznym: jeśli Węgry czy Łotwa by zbankrutowały, nie byłyby zdane na łaskę losu – tak jak nie pozostawiono Grecji w potrzebie. Niedawno Serbia – agresor w czasie wojen bałkańskich z roku 1990 – oficjalnie wystąpiła z wnioskiem o przystąpienie do Unii Europejskiej – procedura w tym przypadku potrwa zapewne kilka lat, głosy sprzeciwu cichną powoli, ale w efekcie niegdysiejsze „problemowe” państwo będzie „zresocjalizowane” w europejskim duchu i wystawi swojego kandydata na stanowisko Komisarza d.s. Gospodarki Leśnej czy Ochrony Danych.
Tyle, że to już wszystko, co Unia zdołała zrobić przez ten czas i takie jest w związku z tym jej dzisiejsze znaczenie: ekskluzywna, wewnątrzeuropejska historia, koniec błędnej drogi komunizmu i konfliktu ideologicznego – zakończenie, a nie zalążek czy start. Uniwersalna, powszechna ambicja, która kryła się w historycznej dacie 1989, duch wyrywający się z ram i przekraczający granice, ożywienie zmęczonej już idei demokracji – z tym Europejczykom nie udało się zrobić nic. Dziesięć lat straconych na debatę o konstytucji i jej minimalistyczne zakończenie w postaci traktatu z Lizbony znów wpuściły do Unii ducha ksobności i spowodowały, że przeceniana jest rola instytucji. Z większą hojnością niż gdziekolwiek indziej na świecie rozdaje się w Unii środki pomocy rozwojowej niwecząc efekt praktyczny i moralny przez politykę zabezpieczania i protegowania własnej gospodarki rolnej. Umęczonych i obładowanych przybywających do niej na statkach w poszukiwaniu schronienia Unia wita nie statuą wolności, tylko łodziami straży nadbrzeżnej i obozami dla nielegalnych imigrantów. Europa boi się tego, co inne, obce, tego, co nadchodzi z zewnątrz. Boi się nie tylko konkurencji, globalizacji, taniej siły roboczej i outsourcingu; boi się również tych, którzy w europejskim raju szukają dobrobytu i życiowej szansy. „Europejski sen” jest fikcją nawet dla samych Europejczyków.
Coraz większa niepewność Europy w stosunku do islamu
Najbardziej widać to po tym, jak w Europie traktuje się muzułmanów i świat islamu – największe kulturalne i geopolityczne sąsiedztwo Europy i jej najważniejsze w XXI wieku zadanie w dziedzinie partnerstwa i rozwoju. W porównaniu z islamem Europę w ciągu ubiegłych lat cechowała rosnąca niepewność i małostkowość kończąca się w efekcie na upokorzeniu – bo nie sposób nazwać tego inaczej – w postaci debat na temat symboli religijnych, islamskich burek i minaretów.
Projekt Nicolasa Sarkozy’ego dotyczący Unii Śródziemnomorskiej na północy skwitowano jako nacjonalistyczne zadzieranie nosa, coś w stylu późnej parodii napoleońskiego podboju Egiptu, podczas gdy w istocie mieliśmy do czynienia z jednym z najlepszych pomysłów europejskiej polityki zagranicznej, strategiczną definicją wspólnoty losu. Europejską tęsknotę Turcji Europejczycy (ci „rdzenni” z Francji i Niemiec – tutaj Sarkozy nie jest strategiem) interpretują nie jako komplement, tylko jako zagrożenie. Z wolna kraj sam traci ochotę przystąpienia do Unii i pewnego dnia ze zdziwieniem i być może przerażeniem, będzie się zadawać pytanie, dlaczego Stambuł nagle znalazł się bliżej Teheranu niż Wiednia.
Coś podobnego stało się z innym decydującym sąsiadem Europy: jeszcze niedawno, bo w latach 90-tych, Rosję traktowano jako przyszłe zaplecze dla Unii. W międzyczasie ten potężny kraj odpłynął od Europy wykuwając swój los odosobnionego supermocarstwa. Jasne, bezpośrednio spowodowała to polityka Putina, ale fakt, że siła i atrakcyjność Europy nie wystarcza już, aby manewry Putina wydały się niemądre, powinien być alarmujący. O ile cud roku 1989, kiedy wschodnim rewolucjonistom śnił się „powrót do Europy”, świadczy o ówczesnej sile „europejskiego światła”, o tyle dziś z tego światła pozostało już niewiele.
„Światło” Europy nie oznacza wcale, że Unia Europejska powinna rozrastać się w nieskończoność: Ukraina zapewne za jakiś czas wejdzie w poczet jej członków, Gruzja już raczej nie, Kazachstan w żadnym wypadku. „Światło” nie oznacza również, że Europa ma stać się światową potęgą; Unia nie będzie taka, jak Stany Zjednoczone zabezpieczające transporty ropy naftowej w Zatoce Perskiej, czy udzielające gwarancji dla Korei Południowej (chociaż europejska polityka w Pakistanie na przykład nie byłaby złym pomysłem). Ale jeśli rok 1989 cokolwiek dla Europejczyków znaczy, to musieliby się w jakiś sposób do owego ideologicznego znaczenia tej daty poczuwać. Musieliby czuć się odpowiedzialni za każdą sprawę, w której chodzi o politykę i obywatele walczą o swoje prawa. Na wypadek gdybyśmy zapomnieli, jakie panują tu powiązania – dzierżący władzę w Iranie sami dość dobitnie wyrazili swoje obawy i strach przed „Aksamitną rewolucją” na wzór roku 1989.
Odpowiedzialność, jaka spoczywa na Europejczykach, jest większa w obliczu faktu, iż Amerykanie od czasu George’a W. Busha stracili swoją wiarygodność i zapał w umacnianiu idei demokracji i walce o prawa człowieka. Jednak to właśnie tutaj widać granice europejskiej konsekwencji i koordynacji; widać europejską podatność na rozłamy, egoizm i krótkowzroczność. Gdy Niemcy kłócą się z rządem Chin o przyjęcie Dalaj Lamy, Francja widzi dla siebie polityczną i biznesową szansę. Jeśli Francuzi mają zatarg z Pekinem, wszyscy widzą szansę dla Niemiec. Tajemnicze morderstwo przeciwnika Putina w Londynie uważa się powszechnie za problem brytyjsko-rosyjski. W poszczególnych krajach europejskich, w relacjach z reżimami autorytarnymi o rosnącej w siłę samoświadomości, brak jest przekonania o przynależności do wspólnoty, na której można polegać. Jest to poważne utrudnienie w świecie XXI wieku. Tylko moralne solidaryzowanie się Europejczyków ze sobą, jak i z ofiarami ucisku, uratowałby stary kontynent przed zejściem na polityczny margines.
W 1989 roku Europie wróżono renesans, uwolnienie kreatywnego potencjału brutalnie zamrożonego przez okres powojenny. Wróżba się nie spełniła. Zmieniające się nagłówki gazet z ostatnich lat są na to dowodem: „Dominacja Stanów Zjednoczonych”, „Walka z radykalnym islamem”, „Przebudzenie Azji”. Na deskach „sceny świata” Europa odgrywa drugoplanową rolę. To nie do uniknienia. Stanowi to część relatywizacji Zachodu w zestawieniu z Południem i Wschodem, która w międzyczasie objęła również Stany Zjednoczone. Wiadomo jednak, że role drugoplanowe bywają nieistotne albo fascynujące. Z części kuli ziemskiej, która nie może współstanowić o losach świata, mogą wypływać słuszne dlań idee. W aspekcie społecznym i ekologicznym, z jej wyhamowanym kapitalizmem i zrozumieniem znaczenia trwałości, taką rolę Europy można rozpoznać. W sprawach, które dotyczą swobód politycznych, rola ta jest dużo mniejsza. Kto chciałby temu zaradzić, musi szukać inspiracji w znaczeniu daty 1989.
Artykuł został opublikowany w 1. numerze „Die Zeit” w dn. 30 grudnia 2009 roku
Tłumaczenie z języka niemieckiego: Sebastian Worożbit
Redakcja: Zofia Matejewska
Tekst w formie PDF
©

© dla polskiego tłumaczenia

|