 |
 |
Autor: Andrea Böhm i Bernd Ulrich
Czego my jeszcze chcemy? Spada poparcie dla misji żołnierzy niemieckich w Afganistanie, rząd chowa głowę w piasek. Jednak odpowiedzi na wiele pytań stawianych przez przeciwników wojny nastrajają pozytywnie.
Za tydzień, 28 stycznia 2010 roku, w londyńskim City w Lancaster House spotkają się reprezentanci 43 krajów, aby obradować na temat strategii działań w Afganistanie. Rząd niemiecki poddany zostanie naciskom, aby zwiększyć kontyngent i przekazać więcej pieniędzy.
Kanclerz i jej zastępcę czeka więc dyplomatyczne wyzwanie: będą musieli przekonać aliantów, jak wiele do tej pory Niemcy już uczyniły dla Afganistanu i ile mają zamiar jeszcze uczynić, jednocześnie sygnalizując własnemu społeczeństwu, że wkrótce będą robiły dużo mniej, zwłaszcza w kwestiach militarnych. Jednak niezależnie od tego, jakich sformułowań użyją Angela Merkel i Guido Westerwelle 28 stycznia, pewne jest już jedno: Niemcy będą jeszcze bardzo długo odpowiedzialne za to, co dzieje się w Hindukuszu, a ich zaangażowanie będzie raczej większe, niż mniejsze.
Poparcie dla afgańskiej misji spadało jeszcze przed atakiem na cysternę w pobliżu Kundusu, który miał miejsce 4 września 2009 roku. Coraz częstsze i bardziej natarczywe stają się pytania podważające istotę sprawy: Dlaczego w tym tkwimy? Czego tam chcemy? Jak długo ta sytuacja ma jeszcze trwać?
Mówiąc inaczej: demokratyczny sprzeciw zaostrza się. Dlatego konferencja w Londynie stanowi okazję, nie, ona zmusza do tego, aby jeszcze raz porządnie przedyskutować kwestię udziału Niemiec w walkach w Afganistanie.
O czym my właściwie rozmawiamy?
W Afganistanie dzieje się teraz coś bardzo niezwykłego: jednocześnie podejmowane są próby odbudowania kraju i prowadzenia wojny. Nie chodzi wyłącznie, a na pewno nie przede wszystkim, o wojnę. Jest ona jednak ważna.
Nazwanie misji w Afganistanie wojną jest czymś więcej niż tylko kwestią nazewnictwa, więcej niż uwzględnieniem odczuć żołnierzy. Kto używa pojęcia wojna, musi być świadomy tego, co się z nią wiąże: ofiary wśród żołnierzy, ofiary wśród przeciwników, ofiary wśród cywilów oraz zagrożenie, że wojna jako środek zamazuje ostrość celu, o ile w ogóle nie udaremnia jego osiągnięcia. Wojny zawsze charakteryzują się brakiem przejrzystości, nigdy nie są racjonalne i mogą pozbawić rozumu nawet najrozsądniejszych. Wojny osłabiają nie tylko przeciwników, ale często również własnych żołnierzy i społeczeństwo.
Dlatego wizja wojny przeprowadzonej z chirurgiczną precyzją i opartej na zasadach rozsądku jest taką samą iluzją, jak wyobrażenie wojny całkowicie sprawiedliwej. Wojna z perspektywy moralności zawsze będzie potwornością. Dlatego ten, kto mimo to opowiada się za nią, musi być tego wszystkiego świadomy. Kto tego nie chce wiedzieć, powinien zostać pacyfistą. A kto sądził, że wojsko niemieckie nie będzie musiało rzeczywiście walczyć, ponieważ stacjonuje na północy kraju, a nie na ogarniętym walkami południu, temu otworzono teraz oczy. Wprawdzie Niemcy oparły się naciskom, żeby uczestniczyć w walkach na południu, jednak w zeszłym roku wojna dotarła także na północ.
Kto jeszcze popiera misję w Afganistanie?
Po tym wszystkim, co popełnili i wycierpieli Niemcy w ostatnim stuleciu, trudno ich na szczęście przekonać do prowadzenia wojny. Trud włożony w sformułowanie argumentów mających ich do tego zdopingować jest odpowiednio wysoki.
Jednakże partie odpowiedzialne za udział wojsk w Afganistanie prawie wcale go już sobie nie zadają. SPD kokietuje ankietą przeprowadzaną wśród członków – najwyraźniej po to, żeby politycznie wycofać się z Afganistanu. Gdyby towarzysze partyjni zaczęli mieć wątpliwości, to także Zielonym byłoby trudno dalej popierać tę misję.
A rząd? Po zamachu w Kundusie kanclerz w Bundestagu po raz pierwszy dokładnie uzasadniła powody misji w Afganistanie. Przemówienie było dobre, ale krótkie i wymuszone okolicznościami. Od tej pory rząd ucieka się do defensywnych a niekiedy dość obłudnych sformułowań. Minister spraw zagranicznych mówi o perspektywie wycofania się, która ma się skonkretyzować jeszcze w tym roku. Rządowa formułka: „Wycofanie się, jak tylko będzie to możliwe” oznacza ostatecznie to samo, co: „Pozostanie na miejscu, tak długo, jak to będzie konieczne”. Tego się jednak głośno nie mówi. Berlin nie uzasadnia już, dlaczego należy w Afganistanie pozostać, lecz dlaczego należy się stamtąd wycofać. W ten sposób nie da się zapobiec konfliktowi pomiędzy utrzymującym się na przynajmniej tym samym poziomie zaangażowaniem w Afganistanie a malejącym poparciem w Niemczech.
W zasadzie politycy dopuszczają się zdrady wobec własnych żołnierzy. Podczas urlopów w ojczyźnie postrzega się ich zgodnie z panującą tendencją już tylko jako biednych szaleńców.
Jednakże: podobnie jak zwolennicy niemieckiej misji w Afganistanie używają dość wymijających odpowiedzi, tak samo niejasne jest zachowanie przeciwników tego pomysłu. Ich wysiłki mniej koncentrują się na tym, w jaki sposób uzasadnić wycofanie wojska i konsekwencje tego kroku, a bardziej na tym, jak podważyć słuszność uczestnictwa w misji. Przeciwnicy chętnie manipulują przy tym pytaniami, na które w rzeczywistości w ogóle nie szukają odpowiedzi. A odpowiedzi istnieją.
Dlaczego w tym tkwimy?
20 grudnia 2001 roku, trzy miesiące po atakach terrorystycznych na World Trade Center i na Pentagon, Rada Bezpieczeństwa Narodów Zjednoczonych podjęła decyzję o wysłaniu sił zbrojnych do Afganistanu.
Dwa dni później Bundestag zgodził się na wysłanie tam wojsk niemieckich. Nie uczyniono tego z chęci przypodobania się Stanom Zjednoczonym ani w ramach sojuszniczej lojalności, lecz dlatego, że sądzono, iż islamski terroryzm zagraża Niemcom i failing states mogą stać się ostoją dla terroryzmu, tak jak obecnie ma to miejsce w Somalii czy Jemenie. Decyzję podjęto na podstawie głosowania, w którym 539 głosów pochodziło od stanowiących zdecydowaną większość zwolenników, a 35 od przeciwników projektu.
Badania opinii publicznej przeprowadzone w tamtym okresie wykazały, że dwie trzecie społeczeństwa popiera tę decyzję. Tak więc „tkwimy w tym” przede wszystkim dlatego, że większość Niemców, prawie wszyscy posłowie i ówczesny rząd, tego właśnie chcieli.
Oczywiście każdy ma prawo do zmiany swojego zdania. W rzeczywistości niemiecka misja w Afganistanie dostarczyła już wielu argumentów skłaniających do zmiany stanowiska. Jednakże od tych, którzy ponoszą polityczną odpowiedzialność, mamy prawo wymagać informacji, kiedy podczas minionych ośmiu lat był właściwy moment do wycofania się albo dlaczego taki moment miałby nadejść właśnie dziś.
Nie należy przy tym mylić życzenia, zgodnie z którym nigdy nie powinniśmy byli rozpoczynać misji z życzeniem zrezygnowania z niej. Niemcy, biorąc udział w interwencji, przejęły odpowiedzialność za Afganistan. Odpowiedzialność, której nie można pozbyć się przy pomocy jednej decyzji. My możemy się z Afganistanu wycofać – Afgańczycy nie. Ten, kto jest za wycofaniem się z misji, musi również dysponować argumentami, że tak będzie lepiej nie tylko dla Niemców, ale również dla Afganistanu.
Reasumując: etyka zobowiązuje tylko w przypadku tego, co jest możliwe do osiągnięcia. Czy wobec tego misja może się zakończyć powodzeniem?
Czy historia niczego nas nie nauczyła?
„Afganistan, grób imperiów“ – ten slogan jest wykorzystywany coraz częściej, aby podkreślić bezsensowność misji w tym kraju. Brytyjczycy i Sowieci ponieśli już porażkę w Hindukuszu. Teraz, na pierwszy rzut oka nieuchronna logika sugeruje, że Ameryka i jej sojusznicy zafundują sobie „drugi Wietnam”.
Ta analogia jest bezpodstawna i niesłuszna. Po pierwsze, historia nie dyktuje przyszłości. Po drugie – Brytyjczycy i Sowieci przybyli do Afganistanu jako zdobywcy i okupanci. Po trzecie – slogan o „grobie imperiów” tuszuje błędy wspólnoty międzynarodowej związane z odbudową. Zamiast tego uważa się Afgańczyków za beznadziejny przypadek w historii świata, za zacofanych wojowników plemiennych, których nie można ani pokonać, ani unowocześnić.
Pod koniec 2001 roku, zaraz po obaleniu Talibów, debata dotycząca Afganistanu przebiegała w podobny, oderwany od rzeczywistości sposób, z tą różnicą, że towarzyszyła jej ekstremalna euforia. Wtedy niektórzy eksperci przepowiadali wyniszczonemu przez wojnę krajowi, że w perspektywie najbliższych siedmiu lat powstanie tam scentralizowane państwo z rozwijającą się legalną gospodarką, włącznie ze zniesieniem zniewolnienia kobiet. Utopijne wizje, bez względu na to, czy są pozy-tywne, czy negatywne, mówią więcej o oderwaniu od rzeczywistości, typowym dla zachodnich mediów i fabryk ideologii, niż o Afganistanie.
Czy nie będzie jeszcze gorzej?
Konfliktu w Afganistanie nie uda się rozwiązać stosując jedynie środki militarne. Twierdzą tak nie tylko afgańscy czy międzynarodowi doradcy, lecz jest to również opinia stacjonujących na miejscu generałów NATO. Lecz im dobitniej powtarzane jest to ostrzeżenie, tym większa staje się społeczna obsesja na punkcie rozwiązań militarnych i tym bardziej słuszna wydaje się teza o „drugim Wietnamie”. W Afganistanie pokazywanym przez zachodnie media, także te niemieckie, widać, jak eksplodują ładunki wybuchowe, jak na polach kwitnie opium, jak płoną szkoły dla dziewcząt, jak giną żołnierze, jak cały kraj zamienia się w pole walki.
Tymczasem w Afganistanie oddalonym od kamer w 20 z 34 prowincji zaprzestano upraw maku. W 2007 roku było ich tylko 13. Chiny zainteresowane są eksploatowaniem ogromnych złóż miedzi przez następnych 25 lat, co oznacza zainwestowanie kilku miliardów dolarów w infrastrukturę. Tysiące wolontariuszy zaszczepiło we wrześniu ubiegłego roku ponad milion dzieci przeciw polio. W prawdziwym Afganistanie 70 procent społeczeństwa jest dzisiaj przekonane, że kraj znajduje się na właściwej drodze. Przed rokiem taką opinię głosiło tylko 40 procent. Dwie trzecie obywateli chciałoby, żeby oddziały NATO pozostały.
To wszystko jeszcze nie dowodzi, że sytuacja „wcale nie jest taka zła”. Biorąc pod uwagę to, co pominięto przy odbudowie, to jest ona wręcz skandaliczna. W wiadomościach pokazywany jest ekstremalnie niejednorodny kraj, w którym tego samego dnia prowadzi się wojnę i otwiera stację transformatorową, gdzie jednocześnie odpala się ładunki wybuchowe i asfaltuje drogi. Kraj, w którym w tym samym czasie w jednej z prowincji przywódcy wojskowi ściągają przymusowe podatki, kilka kilometrów dalej talibowie przeprowadzją rozprawy sądowe, podczas gdy w sąsiedniej prowincji afgańskie obrończynie praw człowieka występują przeciwko przymusowym małżeństwom.
Jak długo mamy tam jeszcze pozostać?
Odpowiadając pytaniem na pytanie: od jak dawna wojsko niemieckie przebywa w Kosowie? Odpowiedź: od 12 lipca 1999. I będzie tam stacjonować jeszcze dłuższą chwilę. W Kosowie żyje około dwóch milionów ludzi, którzy w momencie wejścia oddziałów NATO mieli za sobą już kilka miesięcy wojny. W Afganistanie żyje 25 milionów mieszkańców, z których większość spędziła prawie całe swoje życie pod panowaniem przywódców wojskowych i Talibów albo ucierpiała w wojnie domowej. Infrastruktura Kosowa była pod koniec wojny przestarzała i zrujnowana, w Afganistanie jest kompletnie zniszczona. Międzynarodowa wspólnota państw podczas pierwszych pięciu lat odbudowy w Kosowie zainwestowała na osobę 25 razy więcej, niż w Afganistanie. Odbudowa państwa, nawet najbardziej skromna, jest niezwykle droga i żmudna. Jeśli więc ktoś inwestuje zbyt mało lub niewłaściwie, musi pozostać na miejscu tym dłużej.
Nie da się dokładnie określić, jak długo wojsko niemieckie pozostanie w Hindukuszu. Mogą to być trzy, sześć lub ponownie osiem lat. Czas ten musi być jednak uzależniony od sytuacji w Afganistanie, a nie od stopnia nerwowości w Berlinie.
Czy coś nie powinno się zmienić?
Zmiana natąpiła już w bardzo istotnej kwestii. Pod przewodnictwem nowego dowódcy ISAF, Stanleya McChrystala, który za priorytet przyjął ochronę ludności, podczas działań ISAF i afgańskich oddziałów rządowych spadła liczba ofiar wśród ludności cywilnej. Zdecydowanie mniej jest ataków przeprowadzanych z powietrza, ale za to więcej akcji zbrojnych na lądzie. Cena za tę pozytywną zmianę strategii: ginie więcej żołnierzy ISAF. W konsekwencji to nie wojsko zdecyduje o wyniku walki, lecz pytanie, czy Afgańczycy otrzymają w najbliższych latach państwo, które, nieważne jak straszne, jednak zapewni minimalne zaspokojenie podstawowych potrzeb. A także, czy doświadczą wzrostu gospodarczego, który nawet jeśli będzie niewielki, to spowoduje, że praca jako „Talib na zlecenie” przestanie być atrakcyjna.
Wymaga to demonstracyjnego połączenia sił ze strony krajów-donatorów, międzynarodowych organizacji humanitarnych i afgańskiego rządu, których współpraca po dziewięciu latach wciąż jeszcze jest chaotyczna. Wymaga to również konsekwentnego zobowiązania się przez kraje wspierające Afganistan finansowo i militarnie, że będą składać sprawozdanie ze swojej działalności Afganistanowi, ale także własnemu społeczeństwu. Kanada tak robi, Niemcy nie. Wcale nie dlatego, że rząd niemiecki nie miałby się czym wykazać. Wręcz przeciwnie – w odbudowie infrastruktury i w kształceniu policjantów obserwuje się postęp. Dzieje się tak dlatego, że obecny rząd, podobnie jak jego poprzednik, obawia się otwartej dyskusji na temat misji w Afganistanie z obywatelami własnego kraju.
Dlatego zmienić się powinna również jeszcze jedna rzecz: sposób prowadzenia debaty. Zgodnie z oczekiwaniami retoryka przemówienia Baracka Obamy w grudniu 2009 roku na temat misji w Afganistanie była łagodniejsza: Afganistan to nie endgame, którą USA muszą koniecznie wygrać. Nie jest to największe zagrożenie terrorystyczne na ziemi. Nie jest to również scena, na której przesądzają się losy NATO. Jest to miejsce, w którym przede wszystkim rozstrzyga się los Afgańczyków.
Artykuł został opublikowany w 3. numerze „Die Zeit” w dn. 14 stycznia 2010 roku.
Tłumaczenie z języka niemieckiego: Kinga Zielińska
Redakcja: Zofia Matejewska
Tekst w formie PDF
©

© dla polskiego tłumaczenia: 
|