 |
 |
Autor: Krzysztof Tokarz
Wybory w Nadrenii były wielką klęską CDU. Chrześcijańscy demokraci ponieśli bardzo bolesną porażkę.
To, co wydarzyło się w niedzielę 9 maja w ważnym zachodnim landzie ma nie tylko lokalny wymiar. Oczywistą oczywistością jest pozbawienie dotychczasowych władz Nadrenii Północnej -Westfalii sterów. Szef CDU w Nadrenii, Jürgen Rüttgers, wziął odpowiedzialność za kiepski wynik na siebie. Już wiadomo, że chadekom nie uda się utrzymać władzy w jednym z najludniejszych niemieckich krajów związkowych. Wyniki w Nadrenii Północnej-Westfalii wskazują, że bardzo minimalnie wygrała je CDU, uzyskując 34,6 procent głosów. Socjaldemokracja zdobyła 34,5 procent głosów, czyli tylko o 0,1 punktu procentowego mniej. Żadna z tych dwóch dużych partii nie ma jednak wystarczającej liczby mandatów, by utworzyć koalicję z mniejszym partnerem - Zielonymi albo liberałami z FDP. Zieloni to aż 12,1 procenta poparcia, FDP 6,7 a Die Linke 5,6.
Wyborcy pokazali szefowi nadreńskiej CDU, Jürgenowi Rüttgersowi, czerwoną kartkę. Wyrazili tym samym wotum nieufności dla rządzącej tam koalicji, będącej lustrzanym odbiciem koalicji rządowej w RFN. Czerwone światełko zapaliło się przez to wydarzenie również dla kanclerz Angeli Merkel. Nadrenia Westfalia to nie byle jaki land. Mieszka w nim aż jedna czwarta wyborców. Zatem nie są to tylko jakieś sondażowe opinie, ale realna - i dla rządu Merkel brutalna -polityczna rzeczywistość. Na to wygląda, że w NRW władze przejmie SPD. CDU zanotowało gigantyczną utratę sympatii, ta partia straciła aż 10 punktów procentowych w porównaniu do poprzednich wyborów. Ten wynik odzwierciedla panujące nastroje społeczne. A te nie są przychylne chadekom i liberałom. Socjaldemokraci też nie będą w stanie rządzić samodzielnie, ale już z Zielonymi tak. To właśnie ci ostatni zanotowali prawdziwy rekord poparcia - aż 12,5 procent wyborców zaufało właśnie im. Nawet Die Linke, którym też udało się wejść do krajowego parlamentu, wstępnie deklarowali poparcie ewentualnej koalicji czerwono-zielonej. Już pierwsze sondażowe rozmowy pomiędzy Hannelore Kraft (SPD) i Sylvi Löhrmann (Zieloni), wskazują, że możliwe jest położenie kamienia węgielnego pod przyszły wspólny rząd w Nadrenii Westfalii, pod kierownictwem socjaldemokratów. Jednak z powodu niewielkich różnic w uzyskanych wynikach wyborczych, aby czerwono-zielona koalicja mogła w ogóle rządzić w parlamencie krajowym, będzie potrzebny trzeci partner. Bo tylko w takim wypadku rząd krajowy będzie dysponował konieczną większością głosów w Landtagu. Westerwelle publicznie oświadczył, że jest przeciwko koalicji liberałów z zielonymi i socjaldemokratami. Jednak lokalni działacze FDP tak kategorycznie tego nie wykluczali, stawiali natomiast bardzo ostre warunki. Między innymi nie chcą współpracy z radykalnymi ugrupowaniami - tu zapewne mieli na myśli przedstawicieli Die Linke.
Niemalże natychmiast po zamknięciu lokali wyborczych, rozpoczęło się szukanie winnego sromotnej porażki CDU. Nie dało się ukryć, że fatalny wynik chadeków, to nie tylko zasługa nieudolności lokalnych polityków. Spory udział w porażce ma też rząd federalny - pośrednio sama Angela Merkel. Pani kanclerz nie ucieka od odpowiedzialności i, w wywiadach udzielonych po wyborach w Nadrenii Westfalii, bez ogródek mówi, że jej rząd przyczynił się do słabego wyniku, jaki uzyskała CDU w najliczniejszym landzie Republiki Federalnej Niemiec. Wyborcy dali czerwoną kartkę Merkel i całej koalicji CDU-CSU/FDP za niekończące się swary i nieporozumienia, mające miejsce od samego startu nowej koalicji. Na landowe wybory w Nadrenii Westfalii mówi się nie bez kozery „małe wybory”. Politycy CDU, za spory i kłótnie obciążają swojego partnera w rządzie, czyli FDP i szefa tejże partii Guido Westerwelle. Guido Westerwelle, w dobie kryzysu gospodarczego, osłabienia Euro – żąda obniżania podatków. W tym miejscu pojawia się jednak pytanie: czy rzeczywiście Guido Westerwelle i jego partia ponoszą winę za porażkę, czy też chadecy próbują przerzucić odpowiedzialność za katastrofę w wyborach? Odpowiedź nie jest jednoznaczna ani prosta. Kłótnie wewnątrz koalicji zwiększały lęki obywateli, i tak już mocno zaniepokojonych skutkami kryzysu. „Małe wybory” są ważnym sprawdzianem dla samej Angeli Merkel. Ta, wyraźnie traci dotychczasowe wysokie społeczne poparcie. Na spadek sympatii wpływa niejasna polityka w czasie kryzysu, brak widocznych postępów, przy jednoczesnym braku przemyślanego planu w działaniu jej „wymarzonej” koalicji z liberałami. Już dziś wiemy, że Merkel, aby zyskać punkty właśnie przed tymi wyborami w Nadrenii, celowo wstrzymywała pomoc dla Grecji, bo czytała sondaże i wiedziała, że Niemcy są jej przeciwni. Próba odwlekania decyzji, kluczenie, a nawet granie na emocjach i pokazywanie jaka jest twarda i nie rozdaje pieniędzy niemieckiego podatnika – na niewiele się zdały. Najwidoczniej mieszkańcy Nadrenii Westfalii nie dali się na te sztuczki nabrać. Ciekawe, jaka w tej sytuacji będzie reakcja pani kanclerz?
Kiedyś, po przegranych wyborach landowych, Gerhard Schröder zdecydował się na przedterminowe wybory. Ale to mało realny scenariusz na dzisiaj. Wcześniejsze wybory oznaczałyby oddanie władzy, a to nie leży w interesie chadeków i ich szefowej. Merkel nie może jednak nie zareagować i pozostawić wszystko po staremu, chowając głowę w piasek. Taka polityka zapewne przyniesie skutek w postaci przegranych wyborów w kolejnych landach i w rezultacie w całych Niemczech. Być może Merkel zdoła nakłonić FDP do lepszej współpracy i porzucenia ich pomysłu na obniżanie podatku. Albo przynamniej postara się doprowadzić do tego, by kłótnie nie były „rozgrywane” tak medialnie jak to miało miejsce do teraz. „Małe wybory” do Landtagu w Nadrenii będą miały zapewne jednak wielkie skutki dla całej niemieckiej polityki.
|