 |
 |
Autor: Krzysztof Visconti
Trwa berlińskie biennale, jedna z najważniejszych cyklicznych prezentacji sztuki współczesnej w stolicy Niemiec. W sześciu miejscach do 8 sierpnia oglądać można prace kilkudziesięciu artystów. Niestety nie ma wśród nich prac Polaków, a szkoda, bo być może wtedy 6. edycja Berlin Biennale byłaby ciekawsza.
Najbardziej atrakcyjna jest wystawa w Instytucie Sztuki Współczesnej Kunstwerke. Tutaj zresztą narodziła się w 1998 roku idea stworzenia w stolicy Niemiec, odbywającej się co dwa lata, dużej wystawy prezentującej sztukę najnowszą. Dyrektor Kunstwerke i pierwszy kurator berlińskiego biennale Klaus Biesenbach wspólnie z Hansem Obristem i Nancy Spector stworzyli wtedy dziki festiwal łączący sztukę z modą, designem, architekturą i kulturą klubową. Wydarzenie spotkało się z wielkim zainteresowaniem publiczności i krytyki. Szczególnie, że dzięki wystawie wiele osób poznało artystów, którzy w międzyczasie zrobili światowe kariery, takich jak Rirkrit Tiravanija, Olafur Eliasson, Tobias Rehberger, Monica Bonvicini czy Wolfgang Tillmans.

Dużą salę na parterze Kunstwerke zajmuje olbrzymia konstrukcja, zarys domu zbudowany z desek szalunkowych. Młody artysta Petrit Hailaj przywiózł je z Kosowa, gdzie użyte były przy odbudowie domu rodzinnego, zburzonego w czasie wojny na Bałkanach. Konstrukcja przypomina nieco pracę Moniki Sosnowskiej, przynajmniej sam pomysł wtłoczenia architektonicznej formy w salę wystawową, ale robi wrażenie, również jako rzeźbiarska instalacja.

Świetnie zrealizowana jest również praca amerykańskiego artysty i filmowca żyjącego w Amsterdamie, Marka Boulosa. Zderza on z sobą dwa pozornie diametralnie różne światy: giełdę w Chicago i wojnę partyzanckią w Nigerii. Na jednym z ekranów widzimy zamaskowanych guerillas przygotowujących się do walki. Tańczą w jakimś upiornym rytuale wojennym, potrząsają bronią, wołają o śmierć wrogów, krzycząc "dzisiaj zabijemy kogoś". Na ustawionym naprzeciwko wielkim ekranie widzimy z kolei zapis dokumentalny z giełdy, która wygląda również jak plac boju, miejsce walki i rytuałów przesycone dzikimi emocjam i testosteronem.
Dla kontrastu, piętro niżej minimalistyczna instalacja ze światła. Oślepiająca biel ścian i silne jarzeniówki. "White cube" potraktowany dosłownie.

Słabiej wypada druga wystawa berlińskiego biennale w pustej od lat kamienicy przy Oranienplatz na Kreuzbergu. Na konferencji prasowej, zorganizowanej zresztą w nietypowym miejscu, bo w egzotycznej, ozdobionej malowidłami tureckich bohaterów sali centrum alewitów, austriacka kuratorka Kathrin Rhomberg tłumaczyła pomysł wystawy "umyślnie zrealizowanej nieprofesjonalnie". Ten cel akurat udało się osiągnąć, bo ekspozycja wygląda naprawdę byle jak. Same prace też nie zachwycają. Motto 6. Berlin Biennale "Co czeka na zewnątrz" ("Was draußen wartet") sprowadziło prezentacje na tory prostego dokumentaryzmu, często z przesłaniem społeczno-politycznym, ale w większości wypadków bez głębi i wigoru. Opatrzyła się też trochę taka sztuka przypominająca dokument, raporty z krajów Trzeciego Świata, doniesienia o biedzie i niesprawiedliwości przerobione w prosty, bezrefleksyjny sposób na dzieło sztuki. Nawet fakt przeniesienia części biennale z Mitte na Kreuzberg nie jest niczym odkrywczym, bo scena przeniosła się tutaj już dawno. W porównaniu z wyrafinowanym biennale 2 lata temu, którego kuratorem był Adam Szymczyk, czy z biennale w 2006 roku, na którym furorę zrobiły prace Kuśmirowskiego, Althamera i Grzeszykowskiej, obecne wypada blado.

6. Berlin Biennale sztuki współczesnej
11. czerwca - 8. sierpnia 2010
KW Institute for Contemporary Art
Auguststraße 69, 10117 Berlin-Mitte
Oranienplatz 17
10999 Berlin-Kreuzberg
Dresdener Straße 19
10999 Berlin-Kreuzberg
Kohlfurter Straße 1
10999 Berlin-Kreuzberg
Mehringdamm 28
10961 Berlin-Kreuzberg
Alte Nationalgalerie
Bodestraße 1–3 (Museumsinsel), 10178 Berlin-Mitte
www.berlinbiennale.de
|