 |
 |
Autor: Krzysztof Tokarz
To była najdłuższa elekcja w całej powojennej historii Republiki Federalnej Niemiec. Zgromadzenie Federalne złożone z 1244 elektorów, po połowie z posłów Bundestagu oraz delegatów parlamentów landowych, wybrało premiera landu Dolnej Saksonii Christiana Wulffa dopiero w trzeciej rundzie głosowania. Uzyskał 625 głosów, a więc bezwzględną większość, chociaż wtedy wystarczała już większość zwykła.
Jego konkurent, popierany przez SPD i Zielonych, pastor Joachim Gauck, zdobył w ostatecznym starciu 131 głosów mniej. Sam wynik nie był bynajmniej dla nikogo żadnym zaskoczeniem. Przed wyborami większość politologów i dziennikarzy w Niemczech stawiało na kandydata rządzącej większości CDU/CSU i FDP. Wulff był zatem pewniakiem jeszcze na długo przed wyborami. Ale prawdziwie sensacyjne było to, że Christian Wulff nie otrzymał bezwzględnej większości już w pierwszych dwóch rundach. Nie udało mu się zebrać wystarczającej ilości „szabel” mimo że, jak wskazywał rachunek, elektorzy w znakomitej większości pochodzili właśnie z partii wspierających Christiana Wulffa. Już dawno nie było w Niemczech tak komfortowej sytuacji, żeby ekipa rządząca miała aż taką przewagę nad opozycją w Zgromadzeniu Federalnym. Na pytanie, dlaczego zatem nie udało się przepchnąć Wulffa już za pierwszym razem, odpowiedź jest dość prosta. Nie zagłosowało na niego kilkudziesięciu elektorów reprezentujących ugrupowania koalicji rządowej, które wystawiły jego kandydaturę, czyli CDU/CSU oraz FDP.
Niektórzy niemieccy komentatorzy mówili wprost, że to jest oznaka buntu wobec stylu rządzenia krajem i partią Angeli Merkel. Nie kto inny jak właśnie Merkel wysunęła kandydaturę Wulffa na stanowisko prezydenta Niemiec. Chciała „ubić kilka interesów na raz”. Po pierwsze, pozbyła się najgroźniejszego rywala do stanowiska szefa CDU i ewentualnie następcy na fotelu kanclerza. Po drugie, chciała w ten sposób uciąć wszelkie spekulacje na temat jej słabnącej pozycji w partii. Te pojawiły się właśnie po tym jak nie Ursula van der Leyen została kandydatką CDU a właśnie premier Dolnej Saksonii. W interesie Merkel leżało zatem, by wybór odbył się jak najszybciej i bez komplikacji.
Pomimo ostatecznego zwycięstwa kandydata chadecji, wyniku głosowania przez Zgromadzenie Federalne nie można nazwać pełnym sukcesem Merkel. Było to swoiste wotum nieufności wyrażone dla pani kanclerz. Jeszcze w czasie głosowania po przegranej Merkel posłużyła się przykładem rodem z piłki nożnej. Powiedziała, że poprzednie głosowania na Wulffa to był mecz z Serbią, jak wiadomo przegrany podczas mistrzostw świata w RPA. Ale kolejne głosowanie miało być jak mecz z Anglią. Co miało oznaczać, że po drobnych potknięciach przyjdzie pora na pełny sukces. Jednak idąc dalej tropem myślenia Merkel i terminologii piłkarskiej, można powiedzieć, że fakt, iż Wulff został prezydentem dopiero po trzeciej rundzie głosowania, jest „żółtą kartką” dla jej polityki. Tym bardziej bolesną, że wystawioną nie przez opozycję czy przeciwników politycznych, ale przez członków własnego ugrupowania i ugrupowań koalicyjnych. Była to też dobra okazja do pokazania Angeli Merkel, że posiada coraz silniejszą opozycję we własnych szeregach, z którą będzie musiała się prędzej czy później liczyć.
Głosowanie było tajne, co dawało dodatkowo poczucie bezpieczeństwa. To nie jest bez znaczenia, bo powszechnie wiadomo, jak kończą wewnątrzpartyjni przeciwnicy obecnej szefowej. Obecny na głosowaniu i po wyborach, gratulujący Wulffowi wyniku Roland Koch jest tego dobrym przykładem. Dosadnie rzecz ujmując, ci, którzy z otwartą przyłbicą występowali przeciwko Merkel, zwykle co najmniej nie awansowali w strukturach partyjnych i państwowych. Nie ma co ukrywać, że wraz z coraz słabszymi notowaniami rządu Angeli Merkel rośnie niezadowolenie w jej własnej partii. Bardzo interesujący jest też fakt, że do wyboru Christiana Wulffa na prezydenta Niemiec przyłożyli rękę postkomuniści z Die Linke. Oni zapowiadali już wcześniej, że nie poprą głównego rywala do urzędu prezydenta (czyli Gaucka). Od samego początku było wiadomo, że bez ich głosów kandydat SPD i Zielonych na sukces nie ma najmniejszych szans.
Wprawdzie postkomuniści mieli swoją kandydatkę – Luc Jochimsen, ale ta w ostatnim głosowaniu wycofała swą kandydaturę. Joachimowi Gauckowi i tak nic to nie dało, bo elektorzy Lewicy wstrzymali się od głosu. Die Linke nienawidzą Gaucka za rozliczanie agentów NRD-owskiej Stasi w czasach, gdy po zjednoczeniu Niemiec kierował Urzędem ds. Akt Stasi. Nie ma jednak wątpliwości, że szef SPD Sigmar Gabriel miał doskonały pomysł wystawiając kandydaturę Gaucka. Było to iście pokerowe zagranie, które może SPD przynieść wiele pożytku w przyszłości. Przede wszystkim spoiło SPD i Zielonych i pokazało, że mogą mieć większe apetyty na przyszłość. Po drugie – zdaniem niektórych komentatorów – Gabrielowi udało się po raz pierwszy wciągnąć do swojej gry die Linke. Oni wprawdzie ostatecznie nie poprali Gaucka, ale tym samym obnażyli swoje „komunistyczne korzenie” i przywiązanie do starego systemu i strach przed nowym. To może długofalowo sprawić, że rywalizująca o ten sam elektorat SPD będzie bardziej ciekawa dla wyborców niż postkomuniści.
Chociaż dopiero za trzecim razem, ale jednak wybrano Wulffa na prezydenta. Z biegiem czasu mało kto będzie pamiętał sposób, w jaki ten został prezydentem. A mimo to, ta sytuacja nie pozostanie bez wpływu na dalszą pozycję Merkel. Jak pisał już dzień po wyborach dziennik „Frankfurter Allgemeine Zeitung”, winny został znaleziony. A „winnym” był nie kto inny jak Angela Merkel. Ta wpływowa niemiecka gazeta donosiła, że porozumiały się w tej sprawie CSU i FDP. I według tych ugrupowań, całą winę ponosi CDU i jej szefowa. W rzeczywistości byłaby to wyjątkowa zgodność, gdyż w koalicji zwykle największe nieporozumienia pojawiają się pomiędzy bawarskimi chrześcijanami i liberałami Westerwellego.
Inna niemiecka gazeta „Süddeutsche Zeitung”, napisała, że te 44 brakujące głosy elektorów koalicji są niczym innym jak poważnym sygnałem dla Merkel, że w szeregach CDU tylko pozornie panuje spokój, ale pod powierzchnią „wrze”. Jednocześnie „SZ” pisze, że pomimo całego zamieszania nikt w chadecji nie jest tak naprawdę zainteresowany rozpisaniem nowych przedterminowych wyborów do Bundestagu. W Niemczech słownictwo sportowe, jak widać, jest coraz modniejsze, a zwłaszcza stosowanie porównań przez polityków i dziennikarzy. Tym razem „SZ” porównuje sposób powołania Wulffa na prezydenta Niemiec do technicznego nokautu w boksie. W pierwszym głosowaniu aż 44 głosów brakowało z obozu rządzącego, aby poprzeć własnego kandydata. W drugiej rundzie również zabrakło głosów oddanych na Wulffa. W końcu przeszedł w trzeciej rundzie. Według "SZ" był to sygnał, że nie chodziło o Wulffa lecz o Merkel. To, że była to żółta kartka, nagana czy jakkolwiek byśmy tego nie nazwali – dla Merkel to oczywista oczywistość. Czy i jakie szefowa rządu CDU/CSU-FDP wyciągnie z tego wnioski – nie wiadomo. Jeżeli jednak nic nie zrobi, by polepszyć sytuację, prędzej czy później dojdzie do przesilenia.
Nowo wybrany prezydent stoi ponad tymi problemami. Christian Wulff ma szanse być dobrym prezydentem. Co by o nim nie powiedzieć, ma znaczne doświadczenie polityczne. Jest obliczalny i opowiada się za stabilnością sceny politycznej w Niemczech. Będąc premierem Dolnej Saksonii nie zasłynął jako zbyt dobry ekonomista, ale jako dobry gospodarz już tak. Potrafił się dogadywać, stawiał raczej na kompromis niż na podgrzewanie sporów. Uchodzi za polityka elastycznego, który potrafi szukać kompromisu z różnymi siłami. Jako pierwszy premier landu zaprosił do swojego rządu minister narodowości tureckiej. Nawet w sporze z Merkel okazał się lojalny. Za co spotkała go poniekąd „nagroda” w postaci nominacji na najwyższy urząd w państwie. Mimo że nie krył się z tym, że może zostać jej rywalem, to jednak nie prowadził nigdy publicznej krytyki poczynań szefowej.
Christian Wulff będzie najmłodszym prezydentem RFN. Jednak w kontaktach z Polską może się okazać prezydentem problematycznym. Tak przynamniej pisze „Deutsche Welle”. I nie jest to stwierdzenie zupełnie wyssane z palca. Z jednej strony Wulff zna bardzo dobrze Polskę, Śląsk, historię, z drugiej –wielokrotnie wspierał wypędzonych. Ale należy mieć nadzieję, że Christian Wulff jako prezydent RFN okaże się co najmniej tak dobrym negocjatorem jak Christian Wulff – premier landu Dolnej Saksonii. Jeżeli przeważy w nim chęć prowadzenia dialogu a nie stawiania na konfrontacyjne pomysły – to Polacy będą mieli w nim sprzymierzeńca i bardzo dobrego partnera.
Na zakończenie należy pogratulować Niemcom tego, że ich kandydaci nawet w czasie ostrych sporów nie atakowali się zapamiętale. Po przegranych wyborach, Joachim Gauck jako jeden z pierwszych gratulował zwycięstwa swojemu konkurentowi. Wulff w krótkiej mowie po ogłoszeniu wyników trzeciej tury głosowania z szacunkiem wyrażał się o dawnym rywalu. Cóż, może nie będzie to tylko niemiecka specyfika?
|