[2010-07-23]NR 39 | JAK BARDZO KONSERWATYWNY JEST GUTTENBERG?

Autor: Florian Illies

O ministrze obrony oraz nowej niemieckiej tęsknocie za niepodległością i uwolnieniem od strachu.

 

Pojęcie „konserwatywny“ – co zaskakujące – nie jest już objęte polityczną kwarantanną. Przed swoim pobytem w przybytku moralności to pojęcie uchodziło raczej za upartego samotnika, który zaakceptował swoje marginalne miejsce w społeczeństwie, teraz jednak pokazywanie się w jego towarzystwie znów należy do dobrego tonu. W wyborach prezydenckich w dniu 30 czerwca 2010 roku po raz pierwszy w historii Republiki Federalnej Niemiec spotkało się dwóch kandydatów, którzy otwarcie określają się jako konserwatyści. Jednakże z perspektywy historii mentalności dużo ciekawsze są noty, jakimi Joachim Gauck i Christian Wulff opatrzyli, każdy z osobna, zrehabilitowane pojęcie. Gauck mówi o sobie jako o „lewicowym, liberalnym konserwatyście” – jednak w momencie, kiedy sądzono, że dotkniętego nagłym kryzysem pojęcia już dokładniej zilustrować nie można, wtedy do słowa doszedł Christian Wulff. Powiedział on: „Jestem konserwatywny w tym sensie, że obstaję za tym, co warte jest zachowania, a zmieniać chcę to, co rzeczywiście wymaga zmiany”.

To już nie jest zwykła wypowiedź, lecz oznaka kryzysu. Ponieważ „w tym sensie” jako konserwatysta określiłby się prawdopodobnie każdy z 80 milionów obywateli – nawet skrajny lewicowiec, który domaga się tego, co warte jest zachowania (czyli odpowiedzialności karnej od 18 lat, wolności organizowania zgromadzeń, instrukcji przygotowywania koktajlu Mołotowa w internecie), i który chce zmieniać to, co rzeczywiście zmiany wymaga (zmiany proporcji między bogactwem a biedą, kapitalizmu, systemu). Czyżby więc pojęcie konserwatyzmu stało się pustym pojęciem, ponieważ obecnie można je napełniać dowolną treścią? A może ta forma pustki jest tylko próżnią, którą społeczeństwo możne wypełniać swoimi najróżniejszymi, wezbranymi od dawna tęsknotami i zagubieniem? Stawiając pytanie jeszcze inaczej: dlaczego Karl-Theodor zu Guttenberg jest tak popularny? Ponieważ jest nowoczesnym konserwatystą? A może wystarczy, że społeczeństwo go za takiego uważa?

Według wszystkich obowiązujących do tej pory norm Guttenberg nie powinien być tym politykiem, którego najbardziej cenią wszyscy w Niemczech niezależnie od politycznej przynależności. Ponieważ jest już zbyt długo w CSU. Jest zbyt szlachecki. Jest zbyt bogaty. Jest zbyt młody. Ma zbyt mocno wyżelowaną fryzurę. W gorącym okresie finansowego kryzysu dał się sfotografować na nowojorskim Times Square w zbyt prowokującej pozie mówiącej „ile ten świat może kosztować?”. W trakcie afery w Kunduz podczas czterech tygodni zmienił radykalnie swoje zdanie i popełnił zbyt wiele błędów przy zwalnianiu dwóch najwyższych rangą oficerów, nie wyklucza się również, że mówił nieprawdę. Najpierw zdecydowanie opowiadał się za obowiązkiem służby wojskowej, po czym stał się zagorzałym przeciwnikiem tego pomysłu. Swojego stanowiska w sprawie niewypłacalności Opla nie mógł w rządzie przeforsować. Uchodzi za próżnego. Jeszcze nie może się wykazać żadnymi politycznymi sukcesami. I tak dalej. Każdy z tych punktów w przypadku polityka mniejszego kalibru doprowadziłby do trwałego osłabienia jego wiarygodności.

 

Pod koniec tygodnia, kiedy „Spiegel”, zamieszczając na tytułowej stronie zdjęcie Guttenberga z podpisem „Odczarowany”, usiłował w od lat wypróbowany sposób ściągnąć go na przyziemną płaszczyznę faktów, Guttenberg wspiął się po raz pierwszy na szczyt listy popularności. Prawdopodobnie po raz pierwszy od czasów Willy’ego Brandta pojawił się polityk, który znalazł odzew nawet wśród młodzieży i młodych dorosłych. W jakiej smoczej krwi brał kąpiel, skoro wydaje się tak nietykalny? Jego siłę stanowi popularność. A jego popularność to nasze słabości i nasze obawy. Przenosząc na niego projekcję własnych tęsknot, po raz pierwszy w ogóle je ujawniliśmy. Dopiero kiedy Guttenberg wymówił słowo „wojna” w odniesieniu do udziału wojsk niemieckich w Afganistanie, uświadomiliśmy sobie tabuizację tego, co oczywiste. Dopiero, kiedy po długich całonocnych obradach wyszedł przed gmach urzędu kanclerza i oznajmił, że uważa uporządkowaną upadłość Opla za lepsze rozwiązanie, wtedy dopiero widoczne stały się braki w niezależności, które charakteryzują naszą politykę gospodarczą.

A kiedy minister obrony nie tylko poleciał do Afganistanu, lecz także wygłosił przemówienie nad grobami poległych i miał przy tym oczy prawie pełne łez, zauważyliśmy, że są też tacy politycy, którzy nie ukrywają obaw i emocji. Tajemnica Guttenberga polega na jego odciążającej funkcji względem społeczeństwa, które czuje się permanentnie przeciążone. To w jego imieniu mierzy się wciąż z rzeczywistością. A ponieważ rzeczywistość komplikuje się coraz bardziej, a minister obrony skończy w grudniu dopiero 39 lat, to wybacza mu się także ciągłe zmiany stanowiska.

A także dlatego – co najważniejsze: w przypadku Guttenberga jest zawsze jasne, że ma on stanowisko. Pod tym względem wygórowana ilość wyobrażeń na temat jego osoby nie jest oczywiście naturalnym zjawiskiem przyrodniczym, lecz procesem możliwym jedynie w kraju, w którym od pięciu lat rządzi Angela Merkel. Dopiero styl polityki uprawianej przez Guttenberga uwidocznił, że Merkel w swojej bezwarunkowej wierze w rozsądek jest stale napędzana strachem przed popełnieniem błędu. Także i ten strach jest Guttenbergowi nieznany. I dlatego też popełnia on oczywiście więcej błędów.

Kto chciałby sporządzić listę błędów Guttenberga, ten może wyszukać sobie aktualnie dwie grupy zawodowe. Jedną z nich stanowią dziennikarze polityczni, którzy po pierwszym wybuchu entuzjazmu są zgodni co do tego, że także minister obrony Niemiec jest tylko człowiekiem. Jego utrzymująca się popularność jest dla dziennikarzy zbiorowym zaburzeniem świadomości. Drugą grupą zawodową, dla której Guttenberg stanowi wyzwanie, są politycy z partii CDU/CSU. W wydanej właśnie książce Anny von Bayern (Guttenberg. Aristokrat, Politstar, Minister; wydawnictwo Fackelträger Verlag – Guttenberg. Arystokrata, gwiazda polityki, minister – przyp. red.) można przeczytać o tym, że każdy nowy sukces Guttenberga w sondażach powoduje u jego zawistnych obserwatorów kolejny atak złości. Swoją niezależnością prowokuje takich działaczy partyjnych jak Roland Pofalla (Roland Pofalla: niemiecki polityk partii CDU, od 2009 roku dyrektor federalnego urzędu kanclerskiego – przyp.red.), ponieważ codziennie niczym w lustrze odbija się w nim ich własna zależność. Prowokuje także strażników konserwatywnej spuścizny, takich jak Stefan Mappus (Stefan Mappus: polityk CDU, od 2009 roku premier landu Badenia-Wirtembergia – przyp. red.) czy Markus Söder (Markus Söder: polityk CSU, bawarski minister zdrowia i środowiska – przyp.red.), ponieważ uświadamia im, że w konserwatyzmie ważna jest także stylowość i wielopłaszczyznowość.

Być może wcześniej nie doceniano wpływu Guttenberga, tego, że poprzez swój realizm ukazał to, że dzisiejszy świat rzeczywiście jest tak skomplikowany, jak się obawialiśmy. Ale słabość staje się widoczna dopiero wtedy, gdy tej skomplikowanej rzeczywistości można się pozbyć, próbując zażegnać abstrakcję. Prawie żaden z widzów, oglądając miesiącami codzienne wiadomości, nie rozumiał, o co chodzi z „kredytem upadłościowym” („kredyt upadłościowy”: kredyt udzielany firmie, który w razie upadłości gwarantuje bankowi jako pierwszemu prawa do masy upadłościowej – przyp. tłum.), w sporach między akcjonariuszami i w sporze o pomoc państwa dla Opla. Dopiero gdy Guttenberg powiedział, że w przypadku Opla najlepszym rozwiązaniem będzie najprawdopodobniej „uporządkowana upadłość”, wtedy sprawa zaczęła nabierać jasności. Podobnie sytuacja w Afganistanie – ponieważ pod względem prawa międzynarodowego jest ona mocno nieprzejrzysta, politycy prześcigali się latami w bagatelizowaniu jej przy pomocy nic niemówiących określeń typu „misja zagraniczna”. Dopiero kiedy Guttenberg wspomniał o „wojnie”, wtedy zażenowanie stało się widoczne. Oddziaływanie Guttenberga wzmacnia fakt, że jego wolność od obaw bazuje na tradycji rodzinnej, na stosowanej przez jego ojca i dziadka kombinacji złożonej z mentalnej wolności i doświadczanego konserwatyzmu, a także na trwającym niemal tysiąc lat zakorzenieniu w tej samej frankońskiej ziemi.

Niewypłacalność i wojna: to tym dwóm słowom Guttenberg zawdzięcza swój wizerunek niezależności i wigor. Dzięki temu, że nazwał to, co do tej pory pozostawało nienazwane, polityka odzyskała władzę działania. O to chodzi mu cały czas: chciałby zachować lub wywalczyć prawo do działania, nawet w ciężkiej sytuacji. W odróżnieniu od Merkel, dla niego żadna sytuacja nie jest „pozbawiona alternatywy”. Na przykład na początku czerwca, kiedy nie czekał na to, aż jego resort zostanie zmuszony do działań oszczędnościowych, lecz sam ogłosił, jak bardzo radykalnie chciałby zrestrukturyzować Bundeswehrę. I tu ponownie odezwali się ulubieni koledzy dziennikarze i politycy z CDU/CSU zarzucając mu, że próbuje wykreować się na „ministra oszczędności” i że działa czysto taktycznie. Tyle tylko, że „głupi naród” nie odbiera demonstrowanej przez niego zdolności do działania jako zainscenizowanego zachowania.

Poza tym zarozumiałość, którą zarzuca się Guttenbergowi, ma dobre konserwatywne tradycje. Kto przypomni sobie niewielu wielkich konserwatystów w Niemczech po 1945 roku, na przykład Friedricha Sieburga, Dolfa Sternbergera, Joachima Festa, Wolfa Jobsta Siedlera, Johannesa Grossa, Karla Schillera, Ottona Grafa Lambsdorffa, Klausa von Dohnanyi czy Alfreda Herrhausena, ten pamięta, że ich wystąpieniom i przemówieniom zawsze towarzyszyła dystyngowana poza, własną przekorę zamieniali w uwielbienie samego siebie. Oni wszyscy przykładaliby wagę do tego, by dobrze wyglądać na lotniskowcach, przybierać właściwą pozę. Tylko w obliczu naszej współczesności, która swój brak skromności otula w zgrzebny worek a pysze nadaje wzór pokory, schludne ubrania Stephanie i Karla-Theodora Guttenbergów wydają się godnym wspomnienia tematem wiadomości. Nowoczesny konserwatyzm nie jest tak powierzchowny, jak spodziewają się jego krytycy. Karl-Theodor zu Guttenberg demonstruje o wiele bardziej, że do istoty konserwatyzmu należy, by wciąż na nowo szukać dla siebie środków wyrazu adekwatnych pod względem merytorycznym i politycznym.

 

Artykuł został opublikowany w 26 numerze „Die Zeit” w dn. 24 czerwca 2010  roku
Tłumaczenie z języka niemieckiego: Kinga Zielińska
Redakcja: Zofia Matejewska
PDF

© Fundacja Współpracy Polsko-Niemieckiej w zakresie tłumaczenia

© Zeitverlag Gerd Bucerius GmbH & Co.




Dodaj do:    Dodaj do wykop.pl Wykop    Dodaj do del.icio.us del.icio.us    Dodaj do mister-wong.com mister-wong    Drukuj Drukuj    Poleć znajomemu Poleć znajomemu
Od: Adres email znajomego: Wyślij Wyślij

Wasze komentarze:

Add commnet Dodaj komentarz


Anuluj   Wyślij
 
  • Do wybranego artykułu nie został jeszcze dodany żaden komentarz.

Point. Kalendarz Polsko-Niemiecki jest realizowany przez FWPN

Fundacja Współpracy Polsko Niemieckiej

Die Zeit po polsku

2010-09-03
NR 41 | NOWY ŚWIAT JEST NAGI
2010-07-30
NR 40 | HURA! JESZCZE CZYTAMY
2010-07-16
NR 38 | AUTORYTET
2010-07-09
NR 37 | CZY NIEMIECKI DA SIĘ JESZCZE URATOWAĆ?
2010-07-02
NR 36 | WYPĘDZENI
2010-06-25
NR 35 | PRAWDZIWI OBYWATELE
2010-06-18
NR 34 | MISTRZ PATOSU WOLNOŚCI
2010-06-11
NR 33 | CZŁOWIEK DOBREJ WOLI
2010-06-04
NR 32 | NIE JESTEM SZCZĘŚLIWY. NIGDY NIE BYŁEM
2010-05-28
NR 31 | JAK WIĘC BYĆ POWINNO?
2010-05-21
NR 30 | JA CIĘ WIDZĘ, TY MNIE NIE
2010-05-08
NR 29 | OJCZYZNA BEZ GRANIC
2010-05-07
NR 28 | OKLASKÓW NIE BĘDZIE
2010-04-30
NR 27 | NOWI MY
2010-04-23
NR 26 | CZEGO NIE WOLNO MÓWIĆ W NIEMCZECH
2010-04-16
NR 25 | W KRAINIE SŁÓW
2010-03-19
NR 24 | MARSZ NA BERLIN
2010-03-12
NR 23 | WIELKI HAZARD
2010-03-05
NR 22 | CHODŹCIE WSZYSCY DO NAS!
2010-02-26
NR 21 | ŚWIAT NA HAKU ABORDAŻOWYM

Wyszukiwarka

Newsletter

Jeśli chcesz otrzymywać co piątek subskrybcje "Die Zeit" w języku polskim, zapisz się do naszego newslettera.